Wichrowe Wzgórza – moja ulubiona wersja

Niedawno przeczytana książka Eryka Ostrowskiego pt. ,,Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” nie okazała się jak już pisałam aż takim hitem, jednak miała na mnie pewien pozytywny wpływ. Ta dziwna publikacja przypomniała mi mianowicie, za co tak bardzo kochamy opowieści ze wrzosowisk i dlaczego Wichrowe Wzgórza autorstwa (wątpliwego?) Emily Brontë to najlepsza powieść ever. Dzięki panu Ostrowskiemu z ogromnym sentymentem wróciłam do mojej ulubionej ekranizacji tej niezwykłej opowieści i wcale nie była to wersja filmowa z 1992 (Z Ralphem Finnesem i Juliette Binoche w rolach głównych), ale znacznie skromniejsza wersja serialowa z 2009 roku. Możecie myśleć, żem zmysły postradała, ale ten wytwór brytyjskiej telewizji uważam za przejaw reżyserskiego i aktorskiego geniuszu.

Ta mini seria może być niestrawna jedynie dla tych, którzy nie lubią odstępstw od literackiego oryginału. Telewizyjne Wichrowe Wzgórza są bardziej wariacją na temat niż wiernym opowiadaniem każdemu chyba znanej historii (jeśli ktoś nie czytał, powinien się wstydzić). Szalenie podoba mi się to, że wydarzenia zostały ułożone w bardziej spójny, logiczny ciąg. Świetne jest to, że możemy tak trochę podglądać bohaterów w sytuacjach, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy (chichotki zakochanych w kościele czy scena z kupnem konia dla Kasi). A jednocześnie czuć, że Cocky Giedroyc nie narusza podstawowej tkanki narracyjnej; wszystkie przemieszczenia i dodane sekwencje tylko pomagają współczesnemu widzowi w lepszym zrozumieniu tych szalonych, romantycznych postaci. No i oczywiście dzięki temu, że opowieść toczy się nieśpiesznie, znów można się poczuć jakby się mieszkało w XIX-wiecznym nawiedzonym domostwie. Ale frajda!

Po tym jak zobaczyłam Toma Hardy’ego w roli Heathcliffa stał się on moim ulubionym aktorem (w 2009 jeszcze nie był taki sławny jak dziś). Rola Ralpha Finnesa zaciążyła silnie na mojej młodzieńczej psychice, ale odkąd zobaczyłam jak robi to Hardy, nie chcę już oglądać starszej wersji. To nic, że Hardy wypada wyjątkowo niekorzystnie pod względem wizualnym, ma brzuch, zwisającą skórę pod brodą i bardzo krzywe zęby (ciekawe ile operacji musiał przejść by wyglądać tak jak dzisiaj). Jego przeraźliwie ogromny talent zmiata wszystkie niedoskonałości i pokazuje czysty obłęd zakochanego mężczyzny knującego zemstę. Każdy kto widział Bronsona wie, że w szaleństwie Hardy jest naprawdę dobry (ach ten wąs!), ale w Wichrowych Wzgórzach jest także czułość, delikatność i iskierka ironii, a to wszystko pokazane za pomocą tych maślanych szczenięcych oczu. Sceny jego zalotów do Izabelli to prawdziwe perełki. Partnerująca mu Charlotte Riley w roli Katarzyny to także świetna aktorka, znakomicie pokazująca dwoistość kobiecej natury. Jest tak samo wiarygodna jako słoneczna i pogodna pani Linton w bieli (cudowne zdjęcia) jak i diabelsko mściwa kochanka cygańskiej znajdy tarzająca się w piasku pod skałą. W przeciwieństwie do grającej w kultowej wersji filmu Juliette Binoche, Riley nie jest posągowo piękna. Ma jednak kruchy, dziewczęcy urok i przyznam się szczerze, że nawet jej zez mi nie przeszkadzał. Może i na zdjęciach z seriali Heathcliff i Katarzyna wyglądają jak upośledzona dziewczynka i Gargamel, ale zapewniam, że w akcji jest między nimi prawdziwa, niemal materializująca się chemia.

Koniecznie muszę napisać także o rewelacyjnych kostiumach jakie możemy w tych Wichrowych Wzgórzach oglądać. Wykonano tu naprawdę wspaniałą robotę. Ubrania postaci są pełną lekkości i fantazji wariacją na temat modnych drzewiej strojów i idealnie pasują do poszczególnych scen. A już to co nosi Katarzyna mogłabym w całości wykupić, gdyby pojawiło się w sklepach. To właśnie stroje sprawiają, że zamiast kobiecej uwodzicielki widzimy zaczepną chłopczycę (jakie ciekawe przeniesienie akcentów w prezentacji postaci). To jedna zabawna czapeczka z piórkiem, a jaki efekt! Każda fanka (a może nawet fan) twórczości sióstr Brontë, koniecznie musi to zobaczyć.

Powieściowe Wichrowe Wzgórza mają w sobie jakieś pęknięcie, tajemnicę, dziwność i spaczenie, których jednak nie można uchwycić podczas lektury ani wskazać wyraźnie palcem o co chodzi. Tego niestety nie da się oddać na ekranie i trzeba czytać, ciągle czytać, przynajmniej raz do roku. Gdy w książce Eryka Ostrowskiego przeczytałam o tym, że Charlotte chciała napisać rzecz poświęconą jednej z największych zagadek we wszechświecie, a mianowicie co się działo z Heathcliffem przez te brakujące trzy lata, to ogarnął mnie gigantyczny smutek na wieść, że jednak nie zdążyła. Co za strata dla literatury! Do przygaszenia żalu po tych niespełnionych nadziejach poznania losów ulubionego bohatera wybrałam właśnie serialową wersję Wichrowych Wzgórz i muszę przyznać, że świetnie się sprawdziła.

 

6 thoughts on “Wichrowe Wzgórza – moja ulubiona wersja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *