Locke

Nie mogłam się doczekać tego filmu, a w dniu polskiej premiery okazało się, że w moim mieście tego nie puszczają. Jak prawdziwa fanka aktorskiego talentu Toma Hardy’ego, którą rzeczywiście jestem, nie zastanawiając się długo postanowiłam pojechać do najbliższej metropolii, która dostąpiła zaszczytu posiadania kopii Locke’a. Po 6 godzinach w dusznym samochodzie dojechałam do Wrocławia by zaraz znaleźć się w kinie, gdzie znów znalazłam się w samochodzie na kolejne 1,5 godziny. Cały Locke bowiem pokazuje w czasie rzeczywistym podróż pewnego budowlańca, który nawet na chwilę nie opuszcza swojego auta. Chyba nie wspomniałam jeszcze o tym, że mam chorobę lokomocyjną? Ale było warto!

Poznajemy pana Locke’a, statecznego inżyniera, który jest w środku realizacji olbrzymiego projektu budowlanego, będącego ukoronowaniem jego świetlanej kariery zawodowej, w dniu, w którym wali się całe jego życie. Każdy z nas miał chyba już taki dzień, takich kilka godzin, gdy wszystko waliło się na głowę, a od naszego maksymalnego sprężenia zależała cała nasza przyszłość. Locke wsiadając do samochodu, ma jeszcze wspaniałą rodzinę i godną pozazdroszczenia pracę, ale przez 1,5 godziny wiele może się zdarzyć.

Nasz przeżywający załamanie nerwowe kierowca jest niczym bohater antycznego dramatu, ścigany przez konsekwencje tragicznej pomyłki z przeszłości. W jego przypadku pomyłką była jedna noc spędzona z obcą kobietą, która na naszych oczach zamienia się w jakiś obyczajowy koszmar. Bycie z nim w tym samochodzie to jak bycie w jego głowie, w której pełno jest miłości i ambicji, ale również wciąż bardzo żywych wspomnień związanych z wyrodnym ojcem, którego historii nie chce powtórzyć, choć wroga rzeczywistość pcha go w kierunku zdrady i uniknięcia odpowiedzialności. Razem z bohaterem przeżywamy wszystkie wzloty i upadki emocjonalne, do których dochodzi po każdej rozmowie telefonicznej. A dzwonią do niego non stop, a bo to żona ma pretensje, bo kochanka rodzi, bo setki ton betonu jadą na budowę, a on jedzie i jedzie. Jedno mnie tylko dziwi w tym wszystkim; nie rozumiem czemu Locke po prostu nie rozwali telefonu żeby wreszcie przestało dzwonić. Ja bym tak zrobiła już po pierwszym połączeniu z szefem.

Oglądanie Locke’a było jak przeżywanie filmowego święta. Bardziej się tym przejęłam niż Wielkanocą. Oczywiście nie byłby to tak dobry film, gdyby nie talent Toma Hardy’ego, którym już nie raz się zachwycałam w swoich dotychczasowych wpisach. I wcale nie chodzi o to, że facet wygląda jak młody Marlon Brando (chociaż naprawdę wygląda, zobaczcie zdjęcia). Chodzi o to, że praktycznie wszystko potrafi pokazać tą krzywozębną, pomarszczoną i ciut napuchniętą twarzą. Oglądając Locke’a nie nudzimy się nawet przez chwilę, chociaż prócz głosów w słuchawce gra tam tylko jeden aktor, a to już nie lada sztuka (przypomnijcie sobie nudę filmu Baby są jakieś inne). Bardzo podoba mi się też napięcie jakie tworzy postać Locke’a z wcześniejszymi kreacjami aktorskimi Hardy’ego. Aktor ma taką wściekłą i agresywnie męską fizjonomię, że jesteśmy pewni iż raczej nie chcielibyśmy go spotkać nocą w ciemnym zaułku, a tutaj gra statecznego męża i kochającego tatusia. Świetna sprawa! Jest też jeszcze to grożenie ojcu, że go z grobu wykopie. Jeśli chcecie zobaczyć jak Hardy wykopuje kogoś z grobu, to koniecznie obejrzyjcie Wichrowe Wzgórza z jego udziałem. O tym się łatwo nie zapomina.

Ogromną zaletą tego filmu jest także moim zdaniem ciekawy dobór ,,głosów w słuchawce”. Uwagę zwraca przede wszystkim Ruth Wilson jako Katrina, żona Locke’a. Ruth Wilson, którą na pewno wszyscy pamiętają z roli czarnego charakteru w Lutherze oraz z tego, że była świetną (jak dla mnie najlepszą do tej pory) Jane Eyre, jest wspaniała nawet jeśli gra tylko głosem. Aktorka bowiem dysponuje nie tylko intrygującą, oryginalną, diaboliczną urodą, ale także bardzo zmysłowym altem, mogącym wprawić w drżenie niejedno męskie serce. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby ona i Hardy zagrali twarzą w twarz (A może to już gdzieś się stało? Jeśli coś wiecie, dajcie znać).

6 myśli na temat “Locke

  • Kwiecień 22, 2014 o 11:37 am
    Permalink

    Moim zdaniem ten film był nawet gorzej niż beznadziejny. „Oglądając Locke’a nie nudzimy się nawet przez chwilę” – Czyżby?! Zero akcji, wiało nudą przez cały seans filmowy! Biznesmen drący się do słuchawki „Ale ja siedzę w hinduskiej restauracji!”, który ma wahania nastrojów albo zaburzenia osobowości, rozhisteryzowana 43 latka, która jest „Delikatna” i żona głównego bohatera, która rzyga z nerwów. Do tej pory nie oglądałam tak okropnego filmu :-/ Jeśli ktoś cierpi na bezsenność to polecam włączenie tegoż „Dzieła”. Połowa ludzi w kinie zasnęła już na 20 minucie. Ocena w skali od 1 do 10? Mocne -2. Serio.

    Odpowiedz
    • Kwiecień 22, 2014 o 10:26 pm
      Permalink

      A ile masz lat? Szczerze pytam, bo sam, mając 34 dostrzegam w tym filmie prawdę życia. A 15 lat wcześniej na pewno setnie bym się wynudził.

      Odpowiedz
      • Kwiecień 23, 2014 o 10:00 am
        Permalink

        No poważnie, to jest samo życie. Każdy ma chyba tak, że czuje, że zawsze dupa z tyłu i wiatr w oczy jakby się nie starał. A wątek z tatusiem jest bardzo prawdziwy. Wszyscy mamy głosy rodziców na stałe zakodowane w głowie.

        Odpowiedz
      • Kwiecień 24, 2014 o 1:50 pm
        Permalink

        Ależ ja dostrzegam owe „Prawdy życia”, jak to ująłeś, mimo iż mam dopiero 22 lata. Jednak fakt ich obecności w tymże filmie, nie czynił go jak dla mnie, atrakcyjnym czy atrakcyjniejszym.

        Odpowiedz
  • Pingback: The Affair - recenzja serialu z Ruth Wilson

  • Styczeń 4, 2015 o 1:44 pm
    Permalink

    pełna zgoda co do gry Ruth Wilson, Jane Eyre w jej wykonaniu to najlepsza kreacja

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *