Party Down (Melanż z muchą)

Party Down mnie zasmuca. Niby to serial komediowy, a jednak patrząc na kelnerów w muchach, pracujących dla tytułowej firmy kateringowej, odczuwam irytację, gorycz i głębokie współczucie dla tych nieszczęśliwych idiotów. A może właśnie tak miało być. Może pod kupą nieśmiesznych, żenujących wręcz żartów, kryje się głęboka i przemyślana strategia twórców, ukazujących widzom tragizm bycia obywatelem zidiociałego amerykańskiego społeczeństwa. A może jednak nie…

Party Down pokazuje pracę wspomnianej firmy kateringowej. Każdy odcinek to osobne przyjęcie, nad którym pracują ci kelnerzy i barmani z bożej łaski. A że jesteśmy w Los Angeles, to każdy jest tu niespełnionym artystą. Mamy podstarzałą podrzędną aktorkę Constance (Jane Lynch), młodego aktora Henry’ego (Adam Scott), którego kariera była błyskotliwa acz krótkotrwała, nerdowatego scenarzystę Romana (Martinn Starr) no i oczywiście początkującą artystkę komediową Casey (Lizzy Caplan), dla której właściwie oglądam ten serial w dalszym ciągu (choć mnie wkurza straszliwie). Nad tą bandą nietaktownych, niedyskretnych i niekompetentnych pracowników czuwa zidiociały Ron (Ken Marino), którego ambicje nie wykraczają poza branżę gastronomiczną. To, że on jako jedyny bierze wszystko na poważnie i tak bardzo, bardzo się stara by klient był zawsze zadowolony, czyni z niego stosunkowo najśmieszniejszą, a jednocześnie najtragiczniejszą postać w całym tym chaotycznym widowisku. Jemu współczuję najbardziej, głównie fryzury, ale także tego, że przez własną głupotę i naiwność jest z góry skazany na spektakularną porażkę.

Źródłem zamierzonego humoru (nie znam się, nie posiadam) miało być prawdopodobnie to, że kelnerujący nieudacznicy tkwią w swej pracy tylko przejściowo, a każdy z nich uważa się za wybitnego artystę, który niebawem zostanie odkryty. Mnie ich chamstwo i niechlujstwo jakoś nie śmieszy, a czasem żal mi nawet ich klientów, ale tylko do czasu aż sobie przypomnę, że też są totalnymi kretynami. Tu naprawdę nie ma normalnych ludzi i może wynikające z tego faktu absurdy bawią co niektórych widzów. Mnie niestety jakoś nie bardzo. Prawdę mówiąc niemal cierpię patrząc na kolejne, specjalnie wydłużane do granic możliwości sceny kompromitacji i totalnej żenady biało-różowych pań i panów. Jakoś akurat w tym przypadku nie mogę się wyłączyć i przestać denerwować prostym faktem, że oni są nawet za głupi, żeby zdać sobie sprawę z tego jak bardzo są głupi. Prawdopodobnie moja niechęć do serialu wynika z tego, że zbyt wiele osób bliźniaczo podobnych do tych bohaterów spotkałam na żywo.

Na koniec dodam tylko jedną, przeraźliwą wieść: mają z tego zrobić film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *