Exodus: Bogowie i królowie

O żesz! Gdybym wiedziała, że to będzie tak śmieszne i dziwne to wcześniej bym obejrzała. Od lat jestem fanką kina sandałowego i chyba obejrzałam już wszystko co nakręcili o starożytności, ale takiego czegoś jeszcze nie widziałam. Film Scotta to pozbawiona głębi i psychologii postaci bajeczka, jakby cień tego, czym mógłby być, gdyby ktoś przyłożył się do castingu i napisał sensowne dialogi. Widać cała para poszła w efekty specjalne, tyle że bez napięcia i choć odrobiny dramaturgii znudzić nas mogą nawet najwspanialsze wyścigi rydwanów, najobrzydliwsza krwawa woda czy najbardziej spektakularne rozstąpienie się morza. Nic z tych rzeczy nie podziałało na moją wyobraźnię i muszę przyznać, że więcej głębi miała już animowana wersja Księcia Egiptu, w której są dla odmiany żywe postaci, z którymi można się zidentyfikować. Z całego filmu w pamięci na dłużej zostanie mi chyba tylko to, że biedny Ramzes, nie mogąc się doczekać nowego pałacu, powiedział, że w starym żyje jak jakiś beduin.

Braterska rywalizacja?

Ridley Scott skupił się na konflikcie Mojżesza (Christian Bale) i Ramzesa (Joel Edgerton), dwóch braci mlecznych wychowywanych tak, jakby to, że jeden jest przybłędą, a drugi przyszłym faraonem, nie miało żadnego znaczenia. Film nie odchodzi za bardzo od biblijnej opowieści (a może szkoda) i najpierw pokazuje rodzinną sielankę, a potem, gdy Mojżesz orientuje się kim są jego prawdziwi bliscy, obserwujemy próbę sił między królem niewolników a bogiem Egipcjan, lub raczej królem Egiptu i hebrajskim Bogiem. Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy mogli choć przez chwile uwierzyć, że jest między tymi dwoma dziwnymi facetami jakaś więź, jakiekolwiek emocje. Ja w to zupełnie nie uwierzyłam. Zarówno ich miłość, jak i nienawiść, to takie letnie kluchy, nie wiadomo do końca czy Ramzes naprawdę chce dorwać zbiega, czy raczej jedzie mu nad morze kibicować z obowiązku.

Gdyby to był jeden z tych filmów, w których chłopcy przenoszą rywalizację z lat pacholęcych w dorosłość, to jeszcze bym zrozumiała. Jest tu nawet jakby zalążek tego, bo w końcu Ramzes całe życia patrzył na to jak tatuś chwali i rozpieszcza rozsądnego Mojżesza, lekceważąc następcę tronu zupełnie. Niestety, odnieść można jednak wrażenie, że nic to Ramzesowi nie robi, nie zajmuje go ani rządzenie, ani rywalizacja o względy tatusia. Właściwie trudno powiedzieć co poza uroczymi ubrankami w stroju wczesnego Michaela Jacksona go obchodzi.

Seti (John Turturro) prezentuje przyszłych władców Egiptu Ramzesa (Joel Edgerton) i Mojższesza (Christian Bale)
Seti (John Turturro) prezentuje przyszłych władców Egiptu Ramzesa (Joel Edgerton) i Mojższesza (Christian Bale)

Letnia temperatura między braćmi przenosi się też na inne więzi w tym filmie. W niczym co robi Mojżesz, nawet już zrekrutowany do misji przez boskiego chłopca (pomysł na horror, dziecko bardzo niepokojące) nie widać głębszego zaangażowania, jakiejś jasnej motywacji czy uczucia. Jest tak prawdopodobnie dlatego, że kolejne przystanki jego wędrówki są tylko schematycznie i na odczepnego zarysowane. Jeśli ktoś nie uczył się w dzieciństwie biblijnych opowieści na pamięć, może mieć poważne problemy w zrozumieniu kto jest kim, a co gorsze, w ogóle go to może nie obchodzić. Gdyby chociaż jeszcze ci ludzie ze sobą normalnie rozmawiali to mogłabym sobie coś tam dopowiedzieć, a tu niestety figa z makiem. Słów jak na lekarstwo, a jak już ktoś coś powie, to jakby Coelho przemówił i zaczyna się żałować, że to nie jest film niemy. Porażka jakaś. Po raz kolejny kino sandałowe przypominało bardziej dokument z National Geographic, w którym schematycznie zarysowane postaci i ich mętne poczynania są do znudzenia komentowane przez monotonny głos lektora z brytyjskim akcentem.

Najdziwniejszy casting ever

Już samo obsadzenie w roli Mojżesza Christiana Bale’a wydaje się wątpliwej słuszności decyzją, ale co tam, w końcu zdolny aktor powinien umieć zagrać wszystko. To nic, że nie przypomina ani Egipcjanina, ani Hebrajczyka, odrobina bronzera, chustka na głowę i Christian dajesz. Może to przez to, że Scott pozazdrościł Aronofsky’emu i też chciał się popisać oryginalnością. Szkoda, że jego nietypowe pomysły ograniczył się tylko do castingu. Gorzej niż Bale obsadzony jest chyba tylko jego nieszczęsny filmowy brat Ramzes, czyli Joel Edgerton. Przysadzisty aktor o egzotycznych rysach podpasionego kocura nie bardzo współgra ze starożytnymi dekoracjami. Chyba sam wiedział, że prezentuje się niczym draq queen (i wcale nie chodzi o makijaż czy spódniczki, bo nawet w tym można wyglądać godnie i męsko, patrz Outlander) bo jego twarz, jeśli już coś wyraża, to najczęściej zakłopotanie. Już naprawdę lepiej niż tych dwóch panów w Exodusie prezentowałby się praktycznie każdy z obsady Spartakusa. Ci to umieli nosić sandały, zbroje i miecze. A tak patrzymy na speszonych, źle ucharakteryzowanych przebierańców, którzy w pociesznych kaskach wyglądają jakby zaraz mieli wsiąść na motorynkę i pojechać po zakupy.

Christian Bale

Równie komiczny efekt mają praktycznie wszystkie pozostałe kreacje Exodusa. Jak wielka była moja radość gdy pojawił się na ekranie Ben Kingsley i mogłam powiedzieć do męża ,,Patrz, Ghandi gada z Mojżeszem”. No i oczywiście bohaterka dzisiejszego dnia, której udało się speszyć Annę Wendzikowską, czyli Sigourney Weaver. Naprawdę pocieszna z niej matka królów.

Zbliża się Wielkanoc i chyba każdy, oprócz zakupu nowych butów czy jesionki, lubi sobie w tym czasie obejrzeć dobre kino biblijne lub antyczne. Niestety, Exodus się nie sprawdzi, religijnie nas nie nastroi, godności dawnych czasów nie przyda naszym myślom ni uczynkom. Lepiej już naprawdę obejrzeć Księcia Egiptu (najlepiej z jakimś młodszym członkiem rodziny dla niepoznaki) lub Pasję zapuścić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *