American Hustle

Przyznam szczerze, że nie rozumiem zachwytów nad American Hustle ani licznych nominacji do Oscarów aktorów w tej produkcji grających. Uważam, że potencjał jaki niosła ze sobą oparta na faktach historia oszusta Irvinga Rosenfelda (Christian Bale) i jego wspólniczki Sydney Prosser (Amy Adams) został zmarnowany. Najbardziej wyeksponowany jest tu wątek sensacyjny, który ani nie wciąga, ani nie intryguje, a wymyślne finansowe przekręty zostały tu silnie stłumione przez obyczajowe tło, przez co cały film przypomina sentymentalne love story.

Akcja American Hustle rozgrywa się na przełomie lat 70-tych i 80-tych kiedy to doskonale prosperujący oszust finansowy Irving Rosenfeld oraz pomagająca mu panna Prosser zostali zdemaskowani przez agenta federalnego Richie’go DiMaro (Bradley Cooper). Odtąd zamiast naciągać ludzi na nieistniejące pożyczki w brytyjskich bankach czy sprzedawać im fałszywe dzieła sztuki, urocza para musi ściśle współpracować z FBI, o ile oczywiście nie chcą spędzić reszty życia za kratami. Cel DiMaro jest prosty – awansować w hierarchii FBI dzięki złapaniu kilku naprawdę grubych ryb, którymi szybko okazują się skorumpowani politycy. Cel Rosenfelda i Prosser pozostaje jak zwykle taki sam – kłamać, oszukiwać i wyjść na swoje. Cały film jest walką, a właściwie wyścigiem ambicji i determinacji tych zdesperowanych jednostek.

Jak już wspomniałam, akcja w ogóle nie była dla mnie wciągająca. Nie potrafiłam wzbudzić w sobie choćby odrobiny zainteresowania dla losów bohaterów, co mi się rzadko zdarza przy gangstersko-policyjnych opowieściach. Uwielbiam wprost Zakazane imperium i Rodzinę Soprano, ale prawdopodobnie dlatego, że grający w tych serialach aktorzy potrafią mnie do siebie przywiązać i sprawić bym, bez względu na to co zrobią, była zawsze po ich stronie. W American Hustle wszyscy są za to antypatyczni i wręcz odrzucający. Christian Bale, lubiący tak bardzo zmieniać się do roli, występuje w wersji siebie z łysiną i brzuszkiem i tak się wczuwa, że ani nie widać jego mimiki (włosy pochłaniają całą naszą uwagę) ani też nie można zrozumieć co mówi gdyż cały czas dyszy symulując problemy z oddychaniem i sercem. Zamiast zastanawiać się nad jego kolejnym posunięciem, bałam się, że facet nie dożyje kolejnego ujęcia. Partnerująca mu Amy Adams jak zwykle nie świeci talentem, za to jej inne (fizyczne) atuty są wyeksponowane z anatomiczna precyzją (niepotrzebnie, nie ma za bardzo czego podziwiać). No i jest jeszcze Bradley Cooper… Bradley Cooper! Jak już się zdążyliście zorientować z poprzednich wpisów, moim największym filmowym marzeniem jest to by kosmici porwali tego ,,aktora” lub by zniknął on z powierzchni ziemi i z naszych ekranów w jakikolwiek inny sposób (możliwie bolesny dla niego). Cooper w wałkach na głowie i ze sztuczną opalenizną wygląda na uciekiniera z wariatkowa, podobnie zresztą jak w każdej innej poprzedniej roli. Każda sekunda jego gry jest dla nie za długa i ogromnie bolesna. Muszę jednak przyznać, że do gromadki nadmiernie owłosionych i świecąco-tandetnych bohaterów American Hustle, podobno doskonale wpisujących się w erę disco, wpasował się idealnie. Jeżeli celem reżysera i producentów było stworzenie filmu o totalnie odpychających jednostkach, których nie da się polubić, to cel ten został osiągnięty, ale niestety kosztem nerwów kinomanów.

Od lat już podejrzewam, że wszelkie oceny i nagrody filmowe wydawane są na podstawie wysiłku charakteryzatorów, a nie autentycznego talentu aktorskiego. Jeśli jest tak w rzeczywistości, to ta aktorska gromadka ma spore szanse na zgarnięcie całej oscarowej puli. Cóż to z ich strony za poświecenie! Kiczowate ubrania, tony makijażu, trwała na głowie i dużo, dużo strasznych włosów. Jakoś znośnie prezentowała się tylko Jennifer Lawrence wcielająca się w żonę Irvinga. Jej postać to autodestrukcyjna i potwornie irytująca manipulatorka, którą Lawrence zagrała z pewną przesadą i zupełnie bez wdzięku. Jedynym atutem tej aktorki o twarzy młodej Ellen Barkin jest chyba tylko to, że ma więcej kilogramów niż typowy hollywoodzki wieszak, przez co jest rozpoznawalna na ekranie i tyle w temacie.

Podobno American Hustle to film wybitny ze względu na doskonałe odtworzenie realiów epoki i ironiczne dialogi bohaterów. Ja uważam estetykę epoki disco za wręcz repulsywną, a dialogi tych karykaturalnych przebierańców za dziwaczne, pozbawione logiki oraz głębszego sensu. To jednak niestety tylko moje zdanie. Innym się chyba bardzo podoba. Kto wie? Może gdyby nie było tu Bradleya Coopera także dostrzegłabym w American Hustle coś więcej…

One thought on “American Hustle

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *