Grand Budapest Hotel

Kończymy dzisiaj tydzień absurdalny i wkraczamy w tydzień kulinarny. Wraz z nowościami (Więzy krwi i Tammy), w nadchodzących dniach cofnę się pamięcią do moich ulubionych filmów i książek o jedzeniu, ponieważ zdałam sobie sprawę, że kącik gastronomiczny już od dawna nie był zasilany nowymi tekstami. A dziś komedia Wesa Andersona, która ukazuje się właśnie na DVD. Dla fanów tego reżysera będzie to z pewnością zakup obowiązkowy, dla mnie niekoniecznie. Jest to film zachwycający pomysłowością i różnorodnością, który mimo widowiskowych fajerwerków i wielkich nazwiska, pozostawia widza (no dobra, mnie) zupełnie obojętnym na to co widzi na ekranie. Tak jednak chyba zwykle jest z baśniowo-absurdalnym fabułami, które są przede wszystkim formą i popisem umiejętności twórczych.

Wstęp jest naprawdę obiecujący. Historia rozpoczyna się współcześnie w fikcyjnej Zubrowce, do złudzenia przypominającej jednych z naszych południowych sąsiadów. Podupadający dziś kompleks sanatoryjno-hotelowy, czyli właśnie Grand Budapest Hotel, był niegdyś cieszącym się najlepszą sławą miejscem wypoczynku sławnych i bogatych Europejczyków. Wraz z przebywającym tam pisarzem, który rozmawia z tajemniczym właścicielem tego przybytku, cofamy się do czasów przedwojennych i dowiadujemy się w jak niezwykłych okolicznościach, dawniej biedny uchodźca Zero Moustafa (Tony Revolori/F. Murray Abraham) stał się bogaty. Opowiada on o niezwykłym panu Gustavie (Ralph Finnes), który był nie tylko pracownikiem hotelu, ale także jego duszą i (pośrednio) źródłem sporego dochodu. Czymś bardzo ordynarnym byłoby napisanie, że Gustav był hotelową męską prostytutką, jednak po prawdzie to nie szczędził swych wdzięków starszym damom pomieszkującym w Grand Budapest, za co oczywiście te żywe mumie (zawsze blond) potrafiły się hojnie odwdzięczyć. Jedna staruszka (Tilda Swinton), szczególnie i szczerze bliska konsjerżowi, sprawiła mu wiele szczęścia, ale i kłopotu wraz ze swą śmiercią. Zapisała mu bowiem cenny obraz, na który już się czaili członkowie jej licznej arystokratycznej rodziny. No i tak rozpoczyna się ciąg niesamowitych zdarzeń, wielka pogoń za Gustavem i Zero z rozpętującą się właśnie wojną w tle.

Rzecz jest straszno-śmieszna, czyli makabra miesza się tu z groteską, co fanom Andersona tak się zawsze podoba. Klimatu temu grającemu na nostalgii obrazowi nie można odmówić. Jest także szansa (o ile jeszcze nie widzieliście), że gra tu wasz ulubiony aktor, z tej prostej przyczyny, że każda postać jest grana w Grand Budapest przez znanego i sławnego artystę. Oprócz wspaniałych Finnesa i Swinton, których zawsze jest miło widzieć na ekranie, oglądamy także Edwarda Nortona, Jude’a Law, Adriena Brody’ego. Willema Dafoe i całą masę innych zdolnych aktorów. Oczywiście Fiennes jest najlepszy. Szczególnie podobały mi się jego rozmowy z Tildą Swinton. Po raz pierwszy mogłam oglądać go w popisie żywego poczucia humoru. Finnes, wyrażający się bardzo dosadnie o kolorze damskiego lakieru do paznokci, to naprawdę pocieszna rzecz. Świetny jest także w scenach z Zero. Między starszym mężczyznom a chłopcem można wyczuć niezwykłe porozumienie, aktorską chemię.

Grand Budapest Hotel to rzecz dziwna, o własnej wewnętrznej logice, która jednak głębszych odczuć we mnie nie pozostawiła. Popisali się aktorzy, reżyser i scenarzysta, świetnie spisał się kostiumolog i charakteryzator, a nawet rekwizytorzy, ale jednak życia to to raczej nie zmienia i na dłużej w pamięci nie pozostaje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *