Druhny

Choć nowa komedia Paula Feiga to całkiem dobre kino, mam nadzieję, że jej główną zasługą dla kinematografii będzie przypomnienie wszystkim o poprzednim wielkim sukcesie reżysera, czyli o Druhnach. Nie wyobrażam sobie by ktokolwiek kto interesuje się ,,kobiecym kinem”, lubi dobrze się pośmiać lub po prostu jest kobietą, nie obejrzał Druhen chociaż raz (ja radzę stałe comiesięczne seanse na poprawę humoru). Jest tu wszystko co chciałoby się wiedzieć o kobiecej psychice, zwłaszcza o kobiecej przyjaźni oraz potrzebie akceptacji. Przy tej produkcji wcześniejsze filmy z nurtu kina kumpelskiego po prostu przestają się liczyć. Nawet Kac Vegas (a fuj!) przy Druhnach to straszna słabizna. Zresztą film reklamowany jako żeńska wersja Kac Vegas nie ma z skacowanymi wygłupami nic wspólnego. Co prawda jest malutki epizodzik opowiadający, jak to druhny i panna młoda wybierają się do stolicy hazardu, jednak w końcu tam nie docierają, więc tego porównania po prostu nie rozumiem.

Główną bohaterką Druhen jest, jak się nie trudno domyślić, główna druhna na ślubie przyjaciółki, ponad trzydziestoletnia Annie (Kristen Wiig). Kobieta jest wprost idealnym wcieleniem przeciętności, przynajmniej takiej, jaką ja sobie wyobrażam. Nie ma męża, jej związki są bardzo toksyczne, jej cukiernia zbankrutowała, a w dodatku nie ma też domu i musi mieszkać w wynajmowanym mieszkaniu z bardzo podejrzanym brytyjskim rodzeństwem. A co Annie ma? Cóż, ma zbzikowaną, krytykującą ją matkę, dziwny seksualny układ z facetem, który nią pomiata, oraz najlepszą przyjaciółkę Lilian (Maya Rudolph), która na nieszczęście wychodzi właśnie za mąż. Pechowe wesele to cios prosto w serce dla singielki, której się zupełnie nie układa. W dodatku wprost dobija ją fakt, że Lilian szybko zaprzyjaźniła się z żoną szefa jej męża, piękną i płytką Helen (Rose Byrne), która robi wszystko by zająć jej miejsce.

Długo omijałam ten film szerokim łukiem, ponieważ tematyka ślubna zupełnie mnie nie interesuje. Jenak jak już włączyłam, to nie mogłam się wprost odkleić od ekranu. Myślę, że każda przeciętna dziewczyna, mająca dużego pecha w życiu (a która o sobie tak nie myśli?) i skłonność do wikłania się w żenujące sytuacje, może zobaczyć w Annie samą siebie. Najbardziej podoba mi się to, że wreszcie ktoś zrozumiał, że w życiu kobiety nie chodzi tylko o zdobycie mężczyzny. Konkurencja o chłopców zaczyna się przecież znacznie później niż konkurencja o serce najlepszej przyjaciółki czy o matczyną akceptację. W końcu od pierwszych dni w przedszkolu zajmujemy się tym czy tytułowe druhny. Ustalamy hierarchię w rówieśniczej grupie, próbujemy zdobyć lepszą pozycję niż koleżanka, zdobywamy i zabezpieczamy nasze terytorium, a potem knujemy i intrygujemy, gdy ktoś próbuje na nie wkroczyć. To wszystko jest w Druhnach! Do tego rywalizacja w każdej możliwej kategorii (od tego kto jest chudszy, poprzez to kogo Lilian kocha bardziej, aż do kto gra lepiej w tenisa) i ciągłe porównywanie się i niekończąca się walka z damskimi kompleksami. Gdyby nie ogromna dawka fantastycznego humoru (brytyjskiego i amerykańskiego) byłby to film dokumentalny o życiu przeciętnej niepoukładanej trzydziestolatki. To, że Druhny nie są jeszcze tak kultowe jak Sex and the City to wina tylko i wyłącznie kampanii reklamowej bazującej na porównaniu do Kac Vegas. No dobra, może i nie tylko. Przyznaję (ale tylko tak troszeczkę), że niektóre dowcipasy są zdecydowanie zbyt grube, i to nie tylko jak na kobiecą komedię, ale jak na jakąkolwiek komedię. Dziecko mówiące kobiecie, że umrze i wyjadające jej tabletki antykoncepcyjne, John Hamm grający prawdziwego chama wypraszającego kobietę z łóżka gdy już skończył, czy też apokaliptyczna scena pokazująca efekty (obustronne) zatrucia pokarmowego ślubnej ekipy z wielkim wydalniczym finałem na ulicy, to fragmenty filmu bez których doskonale bym się obyła.

Mimo tych kilku dziwnych scen, Druhny mają jednak dwa ogromne atuty (oczywiście poza rewelacyjną rola Kristin Wigg, która jest świetna przez cały czas). Pierwszym jest postać wykreowana przez Melissę McCarthy, czyli siostra pana młodego Megan. Jest to zapuszczona, otyła kobieta, pracująca dla rządu wielbicielka sztuk walki, która wbrew warunkom fizycznym wprost emanuje pewnością siebie i może się pochwalić licznymi łóżkowymi podbojami (kontrast w porównaniu ze szczupłą, ładną, ale zakompleksiona Annie). Drugi wielki atut filmu to pasja cukiernicza głównej bohaterki, która z jajek i mąki potrafi wyczarować prawdziwe cuda. Jest w Druhnach związana z tym scena, dla której będę oglądać ten film do końca świata. Po koszmarnym dniu, ale takim najgorszym z najgorszych, Annie wraca do domu i bierze się za kuchenne czary. Przy nastrojowej muzyce widzimy jak kobieta starannie miesza składniki by uformować tylko jedną fioletową babeczkę. Następnie wkłada prawie pusta blachę do piekarnika, cierpliwie czeka aż się ciastko upiecze i ostudzi, a następnie zabiera się do stworzenia bajkowej cukrowej dekoracji, dzięki której babeczka przypomina egzotyczny kwiat. Bardzo to pokrzepiające, zwłaszcza, że po tak długim przygotowaniu wystarcza tylko kilka kęsów i babeczki już nie ma. Przekaz jest jasny: ,,Jeśli świat nic mi nie daje, sama sobie daję to co najlepsze”. Naprawdę oglądałam już bardzo dużo filmów o tematyce kulinarnej (w tym kilka prawdziwych arcydzieł jak Jiro śni o sushi czy Jestem miłością), ale codziennie, gdy zbliża się pora deseru, myślę tylko o tej jednej, pięknie udekorowanej filmowej babeczce.

5 thoughts on “Druhny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *