Mów mi Vincent

Temat jest nam aż za dobrze znany, a jednak udało się twórcom tego filmu wycisnąć z niego kilka oryginalnych rzeczy. Starszy mężczyzna i dziecko to duet idealny. Są do siebie tak niepodobni, że wręcz cudownie dobrani. Kontrasty są urocze, a na koniec zawsze się okazuje, że każdy się czegoś od drugiej strony nauczył. Moją ulubioną serią z tego rodzaju był Karate Kid, ale Mów mi Vincent, ze względu na wyjątkowo nieprzyjemną postać starego tetryka, bardziej chyba przypomina Gran Torino. Jakby nie było, film jest interesujący, choć należy się przygotować na małe zaskoczenie, ponieważ nie jest to żadna komedia (jak reklamuje dystrybutor), a wyciskający łzy dramat.

No już wredniejszy być nie może!

Tytułowy Vincent (Bill Murray) to stary, samotny, zapuszczony i w pełni godzien naszego współczucia człowiek. Chociaż nie! Właściwie to jest wredny, opryskliwy, chamski i rozpustny stary dziad, którego misją życiową jest werbalne krzywdzenie każdego, kto znajdzie się na jego orbicie. Vincent od ośmiu lat mieszka w zapuszczonym domu w bardzo nieciekawej dzielnicy, a podstawą jego dochodu, oprócz wyścigów konnych, jest odwrócona hipoteka. Czas dzieli równo na upijanie się do nieprzytomności, wyzywanie każdego kto się napatoczy (może być sąsiadka, może być barman, a i dzieckiem nie wzgardzi jako swoją ofiarą), no i oczywiście korzystanie z usług ciężarnej prostytutki. Któż z nas nie chciałby mieć takiego dziadka lub wujka?

Oczywiście Vincent tak naprawdę jest w środku miękki jak krówka-ciągutka, tylko skorupkę ma znacznie twardszą niż przeciętny mężczyzna w jego wieku. Oczywiście na koniec dowiemy się wiele o jego złotym sercu i przyczynie zgorzknienia, ale to już nie jest ciekawe. Za to bardzo ciekawe jest to, jak jego pozorną równowagę w tej autodestrukcji zakłócają nowi sąsiedzi. W okolicy zjawia się samotna matka Maggie (Melissa McCarthy) wraz ze swym synem Oliverem (Jaeden Lieberher). Kobieta jest zapracowana, uwikłana w brzydki rozwód i w dodatku w totalnej rozsypce. Nim się zorientujemy, Vincent, jako najbliższy sąsiad, zostaje niańką chłopca, przy okazji ucząc go kilku rzeczy o byciu prawdziwym mężczyzną (zakłady, bary i bijatyki są częstym przedmiotem jego wykładów). Z pozornej katastrofy wychowawczej wyłania się zbawienny dla duszy małego Olivera ład.

Bill Murray

Małe kaczątko i zły Gargamel

Siłą tego filmu jest totalne przegięcie. Postać Vincenta jest tak obleśna, że kilka razy myślałam, że się przesłyszałam, bo przecież nie możliwe, żeby powiedział coś takiego do sąsiadki lub dziesięciolatka. Facet jest wyjątkowo obleśny, szczególnie w scenach z ciężarną prostytutką ze Wschodniej Europy (dziwna Naomi Watts), której nie szczędzi gorzkich uwag. Murray posuwa się znacznie dalej niż na przykład Clint Eastwood, tyle że niestety nie ma tego szlachetnego, ogorzałego wdzięku, który uwiódł widzów w Million Dollar Baby i w Gran Torino. Murray jest repulsywny (uczymy się nowych słów od Sherlocka) i chyba wydaje mu się, że jest to jego największy atut, choć ja w to powątpiewam.

Za to Oliver, jak można się było tego spodziewać, to czysta słodycz. Chłopiec jest mały jak na swój wiek i dość nieśmiały. Przeżywa na swój sposób rozpad rodziny i brak zainteresowania ze strony rodziców, co bezbłędnie wyczuwają rówieśnicy w nowej szkole, pastwiąc się nad nim okrutnie. Do tego chłopak jest nad wiek dojrzały intelektualnie, dzięki czemu jego rozmowy z Vincentem są naprawdę intrygujące. Ma się wrażenie, że Oliver jeszcze nie wierzy w to, że ludzie mogą być źli, dlatego też żaden z pocisków wrednego zgreda nie jest w stanie przebić jego zbroi niewinności. W początkowych scenach osoby obdarzone potomstwem muszą się wręcz rozpływać (tak podejrzewam) jaki to słodziak. Aż chce się przytulić i dokarmić małą kruszynę. Zwykle jestem nieczuła na takie szantaże emocjonalne, ale muszę przyznać, że parę razy wręcz się przeląkłam, że ten straszny Gargamel pożre żywcem małego kiutaśnego smerfa.

Jest też irytująco

Głównym źródłem mojej irytacji podczas seansu była postać matki, grana przez McCarthy. To ze względu na tę aktorkę, znaną głównie z komedii, zainteresowałam się filmem Mów mi Vincent. Maggie jest niepozbierana, upierdliwa i rozlazła, i wcale się nie dziwiłam, że sąsiad jest dla niej niemiły. Z niezrozumiałych dla mnie względów wciąż go nachodzi i prosi o pomoc, zupełnie jakby była głucha na to, co dziadzio wykrzykuje. Zakłopotane miny i płaczliwy ton też do mnie nie przemawiają. Chyba bym wolała oglądać tę aktorkę nadal wyłącznie w komediach, bo w dramatach mnie denerwuje, a do tego gdy pojawia się na ekranie zaczynam się na poważnie martwić jej tuszą. Czy ona nie widzi, że już ledwo chodzi i zaraz padnie na zawał jeśli czegoś ze sobą nie zrobi? No i ten głos jakby od nadmiaru nabiału zagluciło jej całe gardło. To w najwyższym stopniu niepokojące.

Melissa McCarthy

Warto obejrzeć Mów mi Vincent, głównie dla postaci uroczego chłopca, który rozgrzeje serce każdego widza swoim dziecięcym wdziękiem. Bardzo mi ten maluch przypomina dziewczynkę z Jasminum, co to do Gajosa mówiła bardzo mądrze o kaczkach. Szkoda tylko, że w nowszej produkcji zabrakło trochę tego ciepła i zrozumienia między dojrzałym indywiduum a dzieckiem. Jest za to wspaniały i okazały kot Felix.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *