Złe mamuśki

Ta komedia to całkiem udane połączenie Druhen i Jak ona to robi? z Sarą Jessiką Parker. Spodziewałam się czegoś bardziej rubasznego, a tu się okazało, że obok żartów z penisa, są też ckliwe momenty, mogące nawet świadomie i uparcie bezdzietne osoby jak ja zachęcić do ponownego rozważenia kwestii rodzicielstwa. No i choć nie rżałam ze śmiechu jak wiele osób wokół mnie na sali kinowej (daję słowo, że jednej pani aż nosem poszło gdy zobaczyła jak mamuśki balują) to jednak parę razy się uśmiechnęła, niemal bez zażenowania. Przewrotnie podoba mi się też wyrachowanie twórców, których widać, że nadrzędnym celem było zarobienie wielkiej kasy, bo to się udało. W Złych mamuśkach nie ma niczego oryginalnego, fabuła jest tak wtórna jak to tylko możliwe i oparta na samych stereotypach, a jednak daje nam coś, co cenimy bardziej niż nowość i oryginalność, czyli poczucie swojskości, gładkiego przechodzenia od sceny do sceny i precyzyjnego odmierzenia porcji emocji. Za to kochamy amerykańskie kino.

Najbardziej niedoceniana praca na świecie

Amy (Mila Kunis) jest typową mamą z bogatego przedmieścia, która próbuje perfekcyjnie połączyć obowiązki domowe z wychowywaniem dzieci. Mąż za bardzo się szanuje by ruszyć palcem, a w dodatku ją zdradza, przez życie Amy robi się jeszcze bardziej skomplikowane niż do tej pory. Będąca w wiecznym niedoczasie, sfrustrowana, potwornie zmęczona, a także nosząca na sobie podejrzanie wiele resztek jedzenia matka doznaje olśnienia na jednym z niekończących się zebrań komitetu rodzicielskiego i oznajmia, że skoro nie udaje jej się być dobrą matką, a stara się ze wszystkich sił, to od teraz ma to w nosie i będzie złą mamuśką. Za jej przykładem idą dwie inne rodzicielki, mające dzieci w tej samej szkole. Samotna Carla (Kathryn Hahn), lekkomyślna nimfomanka o destrukcyjnych skłonnościach, i matka czwórki maluchów Kiki (Kristen Bell), zahukana myszka ciemiężona przez małżonka. Gdy ta trójka zejdzie się w barze i zacznie wymieniać doświadczenia, zaczną się dziać rzeczy niezwykłe. Panie nagle odkryją, że dzieci nie potrzebują mnóstwa zajęć pozalekcyjnych czy idealnie zapakowanych drugich śniadań, a jedynie miłości i wiary rodziców w to, że sobie poradzą. Wraz z rozkręcającą się doskonałą zabawą, panie odkrywają, że nie ma niczego niewłaściwego w byciu trochę mniej niż perfekcyjną matką. To nowe odkrycie da Amy siłę nawet do tego, by przeciwstawić się demonicznej przewodniczącej komitetu rodzicielskiego Gwendolyn (Christina Applegate).

kunis-bell-hahn-BAD-MOMS

Gwarancja dobrego samopoczucia

Praktycznie każdy widz ma szansę wyjść po tym filmie z kina z wielkim uśmiechem na twarzy. Jest tak dlatego, że scenarzyści bardzo uważali, żeby nikogo za bardzo nie obrazić, a zrobili to dowalając wszystkim po równo. Dostaje się matkom perfekcjonistkom, ale i tym, które dzieci zaniedbują. Śmiejemy się z karierowiczek, ale i te zostające w domu nie lepsze. Amatorki zdrowego jedzenia, podwożące dzieci na treningi, zaniedbane i te o urodzie modelek, dostaje się po równo każdej z osobna i grupie w ogólności. Ale to jeszcze nie koniec. To, że w tej komedii mamuśki zdają sobie sprawę z tego, że przepracowanie i złe relacje to często ich własna wina, bo mają wewnętrzny przymus by się ciągle wykazywać i zachować całkowitą kontrolę, to jeszcze za mało by się śmiało całe kino. Śmieszni są tu też ojcowie, którzy mając jeden etat w pracy zarobkowej są totalnie zarobieni i padają z nóg, podczas gdy ich lepsze połowy żonglują przynajmniej potrójną ilością obowiązków i dają radę. No i przezabawne są te wszystkie roszczeniowe amerykańskie maluchy, traktujące matki jak osobiste służące. Aż mnie dziwi, że te panie tak późno olśniło, żeby się rodzinkom postawić.

Wszystko co mi się podobało w tej komedii jest całkowicie odrealnione, bo gdyby ta historia miała cokolwiek wspólnego z prawdziwym życiem, wyszedłby dramat (jaki często obserwuję w okolicach piaskownicy, gdy jakaś mama Dylanka nie wie, czym jeszcze skarbeńka nakarmić, żeby nie płakał). Urocza Mila Kunis, mimo przepracowania jej bohaterki, cały czas piękna ja z obrazka, ma wspaniałą chemię ze swoimi nowymi kumpelami. Widać, że panie bawią się ze sobą aż za dobrze. Moją ulubienicą w tym gronie jest zdecydowanie Kiki, która ma cudownie niepokojące teksty. Na miejscu jej męża bałabym się zasnąć obok niej. Bohaterki, choć rozumiem dlaczego jest im trudno, mają jednak problemy pierwszego świata, bo mogą wybierać między pracą na pół etatu, a taką na cały, między wieczorem z dziećmi, a zostawieniem ich z nianią, czy między rozwodem, a zostaniem z mężem. W żadnej z tych sytuacji nie brakuje im pieniędzy i to jest w tym filmie najlepsze i pewno dlatego kina są pełne mimo, iż już kilka dni mięło od premiery (taka frekwencja zdarza się bardzo rzadko). Panie idą poprawić sobie humor z koleżankami na relaksującym seansie, popatrzeć na bajkę o tym jak wyglądałoby ich życie z tymi samymi problemami z dziećmi, ale ze znacznie zasobniejszym portfelem. Jeśli wam też marzy się taki relaks, na pewno się nie zawiedziecie.

Choć to w filmie rzecz drugorzędna, doceniam także dbałość z jaką dobrano do Złych mamusiek wprost idealną muzykę. Imprezowe hity do rozróby w supermarkecie pasują doskonale. Podobało mi się też to, że nie wszystkie żarty były fekalno-genitalne, a pośród wybuchów rubaszności, znalazło się miejsce na spokojniejsze emocjonalne momenty. No i jako osoba bezdzietna w wieku głównej bohaterki chętnie obejrzałam widowisko przedstawiające drugą stronę barykady. Wychodzi na to, że zdaniem osób będących rodzicami, moje życie to marzenie, bo jem w spokoju śniadania i mam ocean wolnego czasu. No kto by pomyślał:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *