Agentka

Mamy wakacje więc pora na większą niż dotychczas porcję lekkich komedii. Na początek coś mniej strawnego. Dziś Agentka, a jutro Ted 2. Za to pod koniec tygodnia powrót do naszych ulubionych komedii francuskich, które po ciężkawym amerykańskim humorze powinny być miłym odświeżeniem.

To mnie wkurza!

Agentka była w porządku, ale trudno byłoby mi powiedzieć, czy zaśmiałam się na filmie chociaż raz. Jakoś u mnie zamiast uśmiechów częściej pojawia się grymas współczucia dla nieszczęsnej Melissy McCarthy, nadal do bólu obśmiewającej swoje specyficzne jak na Hollywood warunki fizyczne. Agentka to parodia filmów szpiegowskich na czele z przygodami Jamesa Bonda, ale niestety środek ciężkości został umiejscowiony na styku dwóch płaszczyzn, świata szpiegów z pierwszego i z drugiego planu, co w praktyce sprowadza się do serii żartów i chichotów z tego, jak śmieszna jest gruba agentka w środowisku, do którego z zasady przypisuje się pięknych jak modele bielizny mężczyzn i uwodzicielskie niewiasty fatalne. Tu tak naprawdę nie wyśmiewa się szpiegów, tylko osoby nieatrakcyjne fizycznie, ,,mające pretensje” do bycia kimś innym niż tylko bufetową. Zarówno to jak główna bohaterka jest traktowana przez przystojnych kolegów szpiegów, jak i to jak odnoszą się do niej inne (piękniejsze) kobiety sprawiło, że nie oglądałam Agentki jak komedii, a raczej dość niesmaczny dramat o tolerancji i porażce równouprawnienia. Może jako osoba utożsamiająca się z Melissą McCarthy bardziej niż z Rose Byrne (te panie wyglądają razem jak przedstawicielki innych gatunków) nie umiem się zwyczajnie cieszyć z pastwienia się nad ,,pocieszną grubaską”. I nie chodzi tu tylko o kobiecą solidarność, bo filmy o chorobliwie otyłych panach także uważam za nieśmieszne.

Rose Byrne i Melissa McCarthy
Rose Byrne i Melissa McCarthy

Bond by się uśmiał

Fabuła Agentki jest tak podobna do oryginalnych filmów o agencie 007, a przy tym tak absurdalna, że na miejscu fanów Bonda poważnie bym się zastanowiła, co tak naprawdę im się w tej serii podoba. Tytułowa agentka, czyli Susan Cooper (Melissa McCarthy) ma co prawda status agenta CIA, jednak zamiast pasjonujących przygód i walki z przestępcami, dnie wypełnia jej siedzenie w piwnicy przed monitorem i prowadzenie zdalnie za rączkę prawdziwego herosa wywiadu. Czarujący Bradley Fine (Jude Law) jest inkarnacją idealnego szpiega, który oprócz tego, że dobrze walczy wręcz i strzela, wygląda także bezbłędnie w smokingu i wie jak rzucać uwodzicielskie spojrzenia kobietom. Oczywiście, Susan również nie jest obojętna na jego brytyjskie wdzięki, przez co tak długo pełni w tym duecie funkcję podrzędną. Choć trzy razy bardziej inteligentna od Fine’a, odgania nietoperze oglądając świat oczami jego szpiegowskiej kamerki.

Ten szkodliwy i dyskryminujący układ ulegnie zmianie, gdy Fine zginie w akcji, dane wszystkich polowych agentów zostaną przechwycone przez arcywroga agencji, a jedyną nieznaną ciemnym mocom i mogącą pomóc uratować świat osobą okaże się właśnie pulchna Susan. Nie muszę chyba dodawać, że naszej szpieguli nic na misji nie pójdzie łatwo ani zgodnie z planem, ani że na jej drodze pojawi się całą seria indywiduów, wyjętych prosto z koszmarów scenarzystów filmów o Bondzie.

Nie najgorsza parodia

Libię filmy Paula Feiga, zwłaszcza Druhny, a dla Melissy McCarthy to nawet całe Kochane kłopoty obejrzałam, ale nawet ja widzę, że to dzieło do najlepszych nie należy. Taki to trochę odgrzewany kotlet, z typowymi dla Feiga długimi żenującymi dla bohaterek momentami i absurdalnym, momentami niesmacznym humorem. Dość pocieszne są wprawdzie barokowe przekleństwa i rozbudowane metafory Susan i wyklętego agenta Forda (Jason Statham), ale już akcjom genitalnym z udziałem Alda (Peter Serafinowicz), czy akcjom wymiotnym, mówimy zdecydowanie NIE.

Jude Law i Rose Byrne
Jude Law i Rose Byrne

Może gdybym nie była tak zupełnie obojętna na śliski urok Jude’a Lawa lub gdyby Statham nie był dla mnie tylko nijakim aktorem niepodobnym do nikogo, bardziej by mi się podobało.

Na szczęście Agentka, choć specyficzna i (przynajmniej dla mnie) bardziej do rozmyślań niż do śmiechu, i tak jest lepsza od kilku wcześniejszych parodii Bondów, z Kingsmanem czy beznadziejnym Mordecaiem (Deep osiągnął w tej roli swoje aktorskie dno; patrzeć się na to nie da) na czele.

Koniecznie muszę jeszcze dodać, że do największych atutów tej produkcji należy, oprócz kreacji agentki Cooper, rola Rose Byrne. Jej postać, groźna przestępczyni próbująca przehandlować bombę nuklearną, to wprost archetypiczna dziewczyna Bonda z tymi swoimi powłóczystymi kreacjami, równie powłóczystymi spojrzeniami, obłędnymi szpilkami i twarzą tępej naćpanej porcelanowej lalki. Jest to idealne przeciwstawienie i uzupełnienie stereotypu reprezentowanego przez McCarthy, czyli brzydkiej, rozdętej wręcz grubaski, która na pewno mieszka z kotami, jest samotna i nieporadna, a do tego bozia pozbawiła ją zmysłu estetycznego, szczególnie w kwestii fryzur. No włosy jak nic innego mnie tu zachwyciły i ktoś mógłby napisać o nich rozprawę naukową. Agentka Cooper ma babciną aseksualną trwałą na baranka (z tych modnych w latach 80-tych), a jej przeciwniczka prezentuje bujne fale wyglądające tak, jakby je odziedziczyła po prababci.

Jeśli nie dla mętnego emancypacyjnego przesłania, to z pewnością dla tych dwóch pań, warto się wybrać do kina na Agentkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *