Tulipanowa gorączka

Ten film to bardzo rozczarowująca adaptacja nie aż tak dobrej książki. Trzeba było się nieźle postarać, żeby zepsuć całkiem wciągającą, miłą dla czytelników powieść, ale się udało niestety. Jedynym, co w moim odczuciu zasługuje tutaj na pochwałę są drobiazgowo odtworzone realia XVII-wiecznego Amsterdamu. W tych mrocznych kadrach, ciepłych półcieniach, w szeleście bogatych sukien i nasyconych barwach kwiatów czuć atmosferę gwarnego, zamożnego portu. Częścią tej atmosfery jest także sięgająca zenitu tytułowa tulipanowa gorączka. Giełda cennych cebulek kwitnie, a wraz z nią wznoszą się i upadają fortuny Holendrów, ulegających hipnotycznemu czarowi rzadkich okazów. Gdyby tylko o tym był ten film (na przykład w formie dokumentu) obejrzałabym go z wypiekami na twarzy, ale że doczepiono do fabuły nieszczęsną historię miłosną, efektu wow! nie było.

Oczami panny służącej

Fabuła przybrała tu formę opowieści służącej o imieniu Maria (Holliday Grainger), która pracuje w domu zamożnego kupca Cornelisa Sandvoorta (Christoph Waltz). Maria bardzo ciepło wypowiada się o chlebodawcach, sugerując, że z panią Sophią (Alicia Vikander) jest wręcz zaprzyjaźniona. Poznajemy historię związku Sandvoortów, dowiadując się między innymi, że o wiele starszy od małżonki Cornelis, niemalże ją kupił, zabierając biedne dziewczę z sierocińca, w zamian za bezpieczną przyszłość dla niej i jej rodzeństwa. Przez trzy lata tego związku Sophia nie miała powodów do narzekań. Mąż jest dla niej dobry i wyrozumiały, hojny i opiekuńczy, i tylko ciągłe nagabywania o potomka, którym towarzyszą usilne nocne starania, nieco męczą młodą panią kupcową. Wszystko zmienia się jednak w tym statecznym stadle, gdy próg ich domu przekracza młody obiecujący malarz, mający zająć się portretem Sandvoortów. Jan Van Loos (Dane DeHaan) z miejsca zakochuje się w pięknej Sophii, a ona niemal od razu odwzajemnia jego płomienny afekt. Pomiędzy sztalugami, w przerwach między obiadem a wyjściami małżonka, rozwija się gorący romans. Młodych spala gorączka niemal tak wielka, jak ta, która ogarnęła amsterdamskich tulipanomaniaków. Wkrótce Jan i Sophia do nich dołączą i będzie to część sprytnego spisku, mającego uwolnić ją raz na zawsze od wszechwładnego Cornelisa.

Choć opis sugeruje bardzo bogatą filmową akcję, dzieło wywarło na mnie wrażenie ubogiego i niestety nudnawego. Przenosząc opowieść z książki na ekran, pozbyto się najciekawszych rzeczy, czyli odniesień do przebogatej historii malarstwa tamtego okresu, a także zmieniających się pierwszoosobowych narratorów, ożywiających literacką narrację bardzo skutecznie.

Co zostaje?

W pamięci po seansie zostały mi przede wszystkim piękne ujęcia Alicii Vikander. Jej spektakularna uroda, której dodatkowego czaru dodały historyczne kostiumy, to punkt, na którym zdecydowanie skupili się twórcy, zapominając ewidentnie, że dobrze by było, gdyby jej postać miała jeszcze coś ciekawego do powiedzenia. Niestety, Sophia nie pokazuje, co ma w środku i jest tak mdła i nijaka, że w sumie nie bardzo mnie już obchodziło co się roi w jej ślicznej główce. Całkowitą enigmą pozostał też grający Jana Dane DeHaan, którego równie dobrze mogłoby tu wcale nie być, tak jest nieobecny i pozbawiony wyrazu. Prawdę mówiąc nie czuje się zupełnie miłosnej chemii między filmowymi kochankami, co prawdopodobnie jest winą odpychającej powierzchowności DeHaana. Nie chcę być złośliwa, ale nie każdy młody aktor nadaje się na amanta. W moim odczuciu akurat ten blady, chudy, ponury artysta z posępnym obliczem, które zdobią pokaźne (i niepokojące w tym wieku) worki pod oczami, znacznie lepiej nadawałby się do roli zombi lub kogoś wybierającego się na odwyk po dziesięciu latach ostrego picia i ćpania.

No i oczywiście jest Christoph Waltz, który znów przeszarżował, dodając postaci prostodusznego i religijnego Cornelisa ironicznego humoru, którego ten nie posiadał. Jego krokodyli uśmiech ozdobiony malarsko śnieżnobiałą kryzą odsuwa na dalszy plan wszystkie starania młodych aktorów.

Stosunkowo najlepiej wypada dorodna Maria, czyli Holliday Grainer, potrafiąca, w przeciwieństwie do Vikander, tchnąc nieco życia w swą postać. Patrząc na nią, aż by się chciało wyjść z kinowego fotela i wejść do jej ciemnej kuchni, pełnej zapachu kolonialnych przypraw i ozdobionej martwą naturą ryb i jarzyn.

Jednym słowem, film taki sobie, ale gdyby wyszedł z tego kalendarz ze zdjęciami z planu, albo nawet seria obrazów stylizowanych na dawnych holenderskich mistrzów, to kupiłabym wszystkie.

One thought on “Tulipanowa gorączka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *