Legion samobójców

Z dużej chmury mały deszcz, lub jak ktoś woli, góra urodziła mysz. Efektem ogromnych nakładów finansowych i przemyślnej oraz szalenie skutecznej kampanii reklamowej jest wspaniała frekwencja w kinach i całkiem przeciętny, jeśli nie słaby, film. Idąc do kina, nie spodziewałam się wybitnego dzieła, ale przynajmniej godziwej rozrywki, a nawet tego nie dostałam, Choć kilka osób w kinie rżało przy wątpliwej jakości żarcikach padających z ekranu, ja się wynudziłam i zirytowałam. Tak chaotycznego i nielogicznego filmu dawno nie widziałam. Rozumiem, że docelowymi odbiorcami mają być głównie nastolatkowie zakochani w komiksach DC, ale im też chyba należą się filmy na przyzwoitym poziomie, a nie taka sieczka.

Niebezpieczne związki

O czym jest Legion samobójców chyba nie muszę za dokładnie wyjaśniać, gdyż zapowiedzi od miesięcy nas w tym względzie uświadamiały. Z grubsza chodzi o to, że po śmierci Supermana, amerykański rząd chce się zabezpieczyć na wypadek, gdyby kolejny nadczłowiek jaki zjawi się na Ziemi, był mniej przyjaznego usposobienia. Pomocą w takiej sytuacji ma być oddział złożony z najgroźniejszych złoczyńców obecnie zamieszkujących okolice Gotham, których podstępem schwytano i uwięziono. Tak się akurat złożyło, że ci najgroźniejsi są także najbardziej porąbani. Stadko chorych psychicznie oraz/lub zmodyfikowanych fizycznie ma być tajną bronią USA przeciw całemu złu. Do ich kontroli nadzorująca cały projekt Amanda Waller (Viola Davis) zamierza użyć nie tylko karabinów i bomb, ale także czarów. Niestety, sprawa szybko wymyka się spod kontroli i jej legion dziwaków przyda się do niwelowania skutków jej własnych działań.

suicide-squad-1

Równolegle z głównym wątkiem, mamy rozwijające się na peryferiach fabuły wątki romansowe, które będą miały wpływ na bombastyczny finał tej rozwałki. Niby kontrolująca legion (a tak naprawdę to nie wiem po co się w tym filmie znajdująca) czarownica Enchantress (Cara Delevingne), w swej ludzkiej postaci romansuje z dowodzącym legionem Rickiem Flagiem (Joel Kinnaman) i to ta normalniejsza z dwóch par. Druga to oczywiście Joker (Jared Leto) i Quinn (Margot Robbie), którzy są w sobie szaleńczo zakochani, z dużym naciskiem na szaleńczo. Gdybyśmy nie mieli tu takiego natłoku bohaterów, moglibyśmy się nawet wzruszyć ich love story. Ale tak jak jest, to zupełnie niemożliwe.

A miało być tak pięknie…

Z początku jest naprawdę nieźle, choć to głównie zasługa znakomitej muzyki, towarzyszącej przedstawieniu poszczególnych postaci. Niestety jednak, chwytliwe klasyki to nie zasługa filmowców, którzy tylko je wybrali. Tam, gdzie chodzi o prawdziwą filmową robotę, twórcy polegli.

Zaczyna się nieźle. Poznajemy zupełnie świrniętą (choć w uroczy sposób) Harley Quinn, dziewczynę Jokera, oraz Deadshota (Will Smith), najskuteczniejszego płatnego mordercę na planecie. Potem dochodzi jeszcze kilku pomniejszych herosów, a za chwilę kolejni i kolejni się pojawiają, i nim się połapiemy ilu ich właściwie jest, zaczyna się strzelanina i totalna sieczka.

Mój największy problem z tym filmem polega na tym, że zupełnie nie rozumiem, dlaczego akurat ta banda patałachów, nie będących w pierwszej lidze superbohaterów z oczywistych powodów, miałaby akurat ratować świat i oddawać życie za ludzkość. Jakim kluczem w ogóle się posłużono, wybierając do jednej walki faceta strzelającego z karabinu, czarownicę, krokodyla, miotacz ognia czy dziewczynę wymachującą mieczem. Oczywiście moi ulubieńcy to Harley Quinn, której szczególną mocą jest wymachiwanie kijem bejsbolowym, oraz Australijczyk (Jai Courtney, mogący urodą konkurować spokojnie z krokodylem) potrafiący rzucać bumerangiem. No naprawdę! Żeby od razu robić z nich anty-super-bohaterów! To już przypadkowy polski kibic po dwóch piwach jest bardziej nieprzewidywalny i szalony, no i z pewnością równie skutecznie miota przedmiotami.

Może jestem jakaś dziwna, ale nie rozumiem też zupełnie tego pomieszania mocy z różnych bajek. Spokojnie by się obyło bez tego całego umagicznienia na siłę. Normalnie poczułam się tak, jakbym znowu oglądała Ghostbusters.

Na koniec jeszcze słówko o aktorstwie, z którym w tym przypadku jest różnie. Najpopularniejsza obecnie modelka Cara D. jest nadal drewniana, ale widać, że to nie wyhamuje jej kariery aktorskiej (niestety). Za to jej koleżanka Margot Robbie jako jedyna nie zawstydza swoim występem i jest odpowiednią partnerką dla Jokera. Nasz żartowniś z kolei, w wydaniu Jareda Leto, to zbzikowany kochanek, wymuskany elegant i świrus w wersji glamour. Aktor naprawdę się spisał, ale ja i tak wolę tragiczną wersję Ledgera. Z tych dobrych aktorów, na uwagę zasługuje jeszcze Viola Davis, która jest w tym filmie prawdziwym czarnym charakterem. Kobieta nie ma specjalnych mocy, niczym nie miota i nie strzela, a jednak jej zimne spojrzenie przeraża. Resztę występów pominę milczeniem.

Ogólnie żałuję, że poszłam na ten film. Dużo bym dała by odzobaczyć gibającą się na wszystkie strony Enchantress, albo żeby zapomnieć tego brzydala Bumeranga. Wychodząc z kina ja i Darek niemal równocześnie powiedzieliśmy coś, co da wam najlepsze wyobrażenie o tym, co myślimy na temat Legionu samobójców. Ja powiedziałam z żalem, że mogliśmy już lepiej pójść na Złe mamuśki, a Darek zamyślił się na tym, że większą frajdę miałby z oglądania po raz kolejny Parszywej dwunastki, zamiast tego komiksowego kiczu. I tyle w temacie najbardziej wyczekiwanej premiery roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *