Czas na miłość

O ile pamiętamy by wybierając się na komedię romantyczną, zawiesić na chwilę cynizm i logikę, mamy szansę bawić się na niej znakomicie i szczerze wzruszyć. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej produkcji Richarda Curtisa Czas na miłość. Widać od razu, że człowiek odpowiedzialny za sukces Czterech wesel i pogrzebu, czy Notting Hill, jak nikt inny zna się na swojej robocie i to właśnie dzięki takim fachowcom od doskonałej zabawy, brytyjski humor jest lubiany i doceniany przez widzów na całym świecie. Kochamy te nastrojowe, pełne uroku i niebanalnych dialogów produkcje, które mają to do siebie, że w przeciwieństwie do większości amerykańskich komedii, nie jest nam wstyd przyznać się, że je oglądamy. Wszystkie są także idealne do oglądania w święta. Sądzę, że już niedługo podczas Wielkanocy i Bożego Narodzenia Czas na miłość będzie puszczany w telewizji tak często jak kultowe To właśnie miłość.

Historia jest dosyć zakręcona, ale z gatunku takich, które już nie raz widzieliśmy w kinie. Nie szkodzi jednak, ponieważ z gatunku ,,podróże w czasie” bardziej podobał mi się chyba tylko Powrót do przyszłości. Mamy więc młodego, uroczego, średnio przystojnego rudzielca, któremu tatuś oznajmia pewnego dnia, że wszyscy mężczyźni w ich rodzinie potrafią podróżować w czasie (ściślej rzecz ujmując mogą się cofać w czasie i to tylko do wydarzeń, w których uczestniczyli). Tim (Domhnall Gleeson) oczywiście ochoczo wykorzystuje nowo poznaną umiejętność do naprawiania swoich licznych wpadek z przeszłości, związanych głównie z perypetiami miłosnymi. Obserwujemy jak młody mężczyzna dojrzewa dzięki związkowi z piękną Mary (Rachel McAdams) i mądrym radom ojca (Bill Nighy).

Gdyby to nie była komedia romantyczna, a jakieś sensacja czy science fiction, musielibyśmy się denerwować dramatycznymi zwrotami akcji i komplikacjami jakie zwykle towarzyszą podróżom w czasie (szczegóły techniczne, efekt motyla i te sprawy). W przypadku tego filmu pozostaje nam jedynie czysta radość z chłonięcia uroku poszczególnych postaci z ekranu oraz z ulegania nagłym wzruszeniom, których przy tym seansie naprawdę nie zabraknie. Szczególnie urocza jest oczywiście główna para bohaterów, czyli Tim i Mary. Rachel McAdams jak nikt inny od czasów Meg Ryan oczarowuje widzów swoim szerokim uśmiechem i dziewczęcym urokiem i nic nam nie przeszkadza nawet fakt, że grała już przecież kiedyś ukochaną podróżnika w czasie. Tyle w niej energii i świeżości. Grający Tima Domhnall Gleeson też jest wspaniały. Idealnie pasuje do roli nieśmiałego i niezdarnego, ale uroczego chłopaka. Odkąd zobaczyłam jego rudą brodę i czuprynę w Annie Kareninie, wiedziałam, że w zrobieniu wielkiej kariery nie przeszkodzi mu nawet dziwaczne imię. Ten aktor utożsamia, nowy, bardziej wrażliwy i delikatny, ideał męskości w kinie.

Na szczególną uwagę w Czasie na miłość zasługują także dwie inne męskie postaci. Od pierwszej sceny polubiłam ojca Tima, którego brawurowo gra Bill Nighy. Facet jest taki uroczo zgryźliwy i czerstwy, a jednocześnie ciepły i wprost idealny na ojca. Pierwszy raz widziałam tak pokazaną relację ojca z synem. Cudny jest także wujek Desmond (Richard Cordery), który mnie po prostu rozbroił. Takich postaci drugoplanowych normalnie się nie spotyka. Choćby dla jego ciepła i uroku warto obejrzeć ten film.

Czas na miłość porusza wyobraźnię i rozgrzewa serca nawet takich zatwardziałych cyników jak ja. Idźcie na ten film, szczególnie jeśli chcecie sobie przypomnieć dlaczego warto celebrować każdy dzień i zwykłe prozaiczne czynności. Jest to także idealna rozrywka dla wszystkich już tęskniących za latem, o którym przypomną wspaniałe ujęcia z plaży. Normalnie, aż czuć ciepłą morską bryzę mieszającą się z rodzinną miłością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *