Pod Mocnym Aniołem

Wyreżyserowane przez Wojciecha Smarzowskiego Pod Mocnym Aniołem według powieści Jerzego Pilcha oddaje sprawiedliwość prozie laureata Nike, co wcale nie znaczy, że jest to wybitny film (książki zresztą także nie uważam za coś szczególnego). Adaptacja jest należycie obrzydliwa, dosadna, dla niektórych zapewne zbyt dosłowna i przesadzona, ja jednak pozostałam wobec niej niewzruszona. Właściwie to chodzi chyba o to, że nie jest to w moim odbiorze fabuła, ale czysty dokument. Nie umiem się wzruszać czy oburzać czystym życiem pokazanym w zwierciadle (i to wcale nie w krzywym czy powiększającym). Pod Mocnym Aniołem (podobnie jak Drogówka) wskazuje na typowo polską patologię, ale to co widzimy nie jest bardziej szokujące od tego co oglądamy często od dzieciństwa w domach lub w każdym wieku na ulicach. Jerzych z powieści Pilcha spotkać można po 22 w praktycznie każdym polskim parku czy kamienicznej bramie, więc jeśli ktoś chce przeżyć falę oburzenia ,,jaki obleśny i demoniczny jest nałóg alkoholowy” a oszczędza na kinowych biletach, zapraszam do podziwiania na żywo, na przykład w moim sąsiedztwie.

Nowy film najbardziej obecnie uznanego polskiego reżysera to właściwie jednoosobowy popis aktorski Roberta Więckiewicza. Dzięki swoim naturalnym warunkom i fizycznym predyspozycjom, artysta stał się wręcz idealnym ucieleśnieniem polskiego żula, któremu picie wódki zniszczyło kompletnie życiorys. Wcielający się w postać pisarza Jerzego (wystylizowanego na alter ego autora książki) spotyka oczywiście na swojej drodze (podczas pijackich maratonów i na niezliczonych odwykach) całe chmary żuli i żuliett, ale jedynie jemu widz nie jest w stanie współczuć, bo taki jest zatwardziały w pijaństwie, cyniczny i wyrachowany, a w dodatku sabotażuje pisarstwem efekty starań terapeutów. No wstyd! Typowo polska morda (bo przecież nie twarz) idealnie skomponowana z typowo polskim nałogiem. Aż miło kogoś takiego nie lubić i nie kibicować mu w serii kolejnych alkoholowych upadków.

Gdyby ktoś miał taki pomysł, mógłby spokojnie rozpisać wręcz matematyczny wzór na picie po polsku tylko na podstawie filmu Smarzowskiego. Głównymi komponentami wzoru byłyby takie zmienne jak wczesna inicjacja alkoholowa na świeżym powietrzu, wydawanie całych wypłat na picie, utrata pracy i rodziny, bezdomność, nieprzytomność i higieniczne katastrofy. Mnie jednak do pełni obrazu brakowało znacznie liczniejszej masy nie alkoholików, ale pijaków właśnie. Takich dobrze funkcjonujących panów Zdziśków i Wieśków, którzy chodzą do pracy, dbają o wygląd i pozory, ale każdą wolną chwilę i tak dedykują alkoholowi. Polski pijak wie kiedy sobie golnąć by do pracy pójść już otrzeźwiałym. Wie także, że w razie jakiejkolwiek wtopy ma grono lojalnych kolegów i członków rodziny, którzy staną za nim murem. ,,Pije, panie, pije, ale kto teraz nie pije?”. Takie picie i ogólne przyzwolenie na picie szokuje mnie bardziej niż zalany w trupa bezdomny na ławce, do którego nikt się nie zbliża.

Przyznam się szczerze, że nie bardzo rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że z Pod Mocnym Aniołem wyszli zniszczeni, zmieleni i przeczołgani. Gdzie się ci ludzie chowali, że coś takiego robi na nich wrażenie? Czy naprawdę ktoś się jeszcze degustuje wymiocinami i defekacją w miejscach publicznych? Może tacy widzowie maja po prostu inne doświadczenie (szczęśliwsze) polskiej rzeczywistości niż ja…

Co prawda się nie zbulwersowałam ni zszokowałam, ale parę razy nawet się wzruszyłam. Wzruszył mnie jak zawsze Jacek Braciak, wyglądający niczym niewinne skrzywdzone dziecko. Poruszające były także licytujące się na alkoholowe konfesje dwie uzależnione z odwyku, a także arcypolski i archetypiczny wręcz Marian Dziędziel w roli dziadka Kubicy (jego postać wprowadza bardzo ważny, choć słabo wyeksponowany wątek dziedziczenia nałogu po słowiańskich przodkach). Na ogromne uznanie zasługuje także Andrzej Grabowski, z którego Smarzowski wyciągnął to, co najstraszniejsze. W tym filmie jest jakiś demon, a nie dobrotliwy Ferdek Kiepski. Co za przemiana!

Pod Mocnym Aniołem nie jest najlepszym, ale i nie najgorszym filmem Smarzowskiego. W ważny sposób uzupełnia on to, co już zostało powiedziane w Weselu i Domu złym na temat narodowych przywar Polaków i choćby z tego względu trzeba ten obraz zobaczyć. Jestem pewna, że każdy widz rozpozna w przedstawionych tu postaciach jeśli nie siebie, to na pewno kogoś z najbliższego otoczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *