Korzenie

Tegoroczny remake wyprodukowanego w 1977 roku serialu nie bardzo zachęca do obejrzenia oryginału (choć rodzice zachęcają, twierdzą, że warto i wspominają z przejęciem). Niestety nowe Korzenie zrobiła stacja History Channel, która jak chce to potrafi (Wikingowie), ale często też wypuszcza usypiacze pokroju Biblii. To może niepoprawne politycznie, bo temat jest tak ważny i poważny, że wszyscy powinniśmy wypowiadać się o nim z szacunkiem i niemal na kolanach, ale niestety to właśnie taki klasyczny niedzielny przynudzacz. Z jednej strony mamy wiele scen przesiąkniętych przemocą, krew tryska z biczowanych niewolników, a tragedia rozdzielonych rodzin rozdziela serca, a z drugiej strony na samą myśl o nieznośnym patosie, dłużyznach i elementach realizmu magicznego, które niezgrabnie wpleciono w fabułę, chce mi się ziewać. Po raz kolejny muszę napisać (ostatnio coraz częściej mi się to zdarza), że tak ważny temat zasłużył chyba na lepszą ekranową wersję.

Kunta Kinte i jego potomkowie

Ta opowieść to długa saga rodzinna, rozpoczynająca się wraz z pojawieniem się na ekranie afrykańskiego młodzieńca nazywanego Kunta Kinte (Malachi Kirby). Chłopak mieszka sobie spokojnie, wraz z innymi członkami plemienia Mandinka, w gambijskim buszu. Jest zwyczajnym nastolatkiem, który zaraz stanie się mężczyzną. Niestety, zamiast polowań, uczt przy ognisku czy założenia rodziny, czeka Kuntę ciężki los niewolnika. Przy udziale wrogiego mu plemienia, chłopak (podobnie jak wielu innych Afrykańczyków) zostaje zniewolony, umieszczony na statku i przetransportowany na amerykańską plantację. Obdarzony niepokornym duchem Kunta, nazwany przez swych nowych właścicieli Toby, do końca nie może się pogodzić z losem jaki spotkał jego i innych czarnoskórych, traktowanych na plantacjach jak żywy inwentarz. Liczne próby ucieczki tylko pogarszają jego los. Jednak, na ile jesteśmy w stanie ocenić, jego duch do końca pozostał niezłomny, nawet gdy z pozoru pogodził się z losem i założył rodzinę. Elementy afrykańskiej tradycji oraz wiarę w to, że każdy człowiek powinien być wolny, Kunta Kinte przekazał swej córce, a ona z kolei kolejnym potomkom tej rodziny.

I-am-KIZZY-ROOTS

Losy dzieci i wnuków Kunta Kinte zostały przedstawione na tle burzliwej amerykańskiej historii. Oprócz ciężkiej pracy na plantacji i nielicznych chwil radości w drewnianych chatach, możemy zobaczyć tu także dość rozbudowane wątki związane z wojną secesyjną. Szeroki kontekst ułatwia zrozumienie nie tylko tragedii całych pokoleń niewolników, ale też białych Amerykanów, których konstrukcja psychiczna i tradycja uniemożliwia wczucie się w dolę innego człowieka.

Nudne, ale pożyteczne

Choć nie jest to serial należycie angażujący emocje widzów (jak na przykład Zniewolony) to jednak porządna dawka historii, którą wypada znać. Osobiście polecałabym puszczanie tego starszym dzieciom w szkołach, gdyż w wielu zbudowanych na prostych kontrastach scenach doskonale uchwycono istotę zjawiska niewolnictwa. Z jednej strony mamy Bogu ducha winnych czarnoskórych niewolników, o szlachetnych i pięknych obliczach, którzy chcą po prostu żyć w spokoju, a z drugiej białych, którzy nie mogliby celebrować swojego stylu życia, czyli deliberować na gankach pijąc mrożoną herbatę i robić hazardowych zakładów o wygrane w walkach kurczaków, gdyby ktoś inny nie wykonywał za nich brudnej roboty.

Zadziwiające jest to, co dzieje się w umysłach białych plantatorów (a także to jak można było przedstawić całą tę gmatwaninę emocji w tak płaski i nudny sposób). Są oni w stanie jednocześnie czuć sympatię i podziw do swoich niewolników i sprzedać ich następnego dnia komuś, kto mieszka setki kilometrów dalej. Dramat rozdzielanych rodzin przewija się tu przez każdy odcinek. Najmocniejszym przykładem absurdów niewolnictwa jest pan Tom Lee (Jonathan Rhys Meyers), który swojego spłodzonego z niewolnicą syna George’a (Rege-Jean Page), nazywanego także Chicken Georgem, oddaje jako rekompensatę za dług hazardowy. Nawet więzi krwi nie są mu w stanie zastąpić żądzy pieniędzy. Taki to typ. Wielu jest w Korzeniach także typowych białych z Południa, mówiących o czarnoskórych jak o tępych zwierzętach. Z drugiej strony przeciwstawia się im szlachetnych i pięknych niewolników, wrażliwych na piękno sztuki i natury, oraz z czcią pielęgnujących zwyczaje afrykańskich przodków.

Jeśli ktoś nie słyszał nigdy o niewolnictwie, to Korzenie mogą mieć dla niego sporą wartość dydaktyczną. Z pewnością produkcje takie jak ta mogą pomóc młodym ludziom w spojrzeniu na to, co się dzisiaj dzieje w USA na tle rasowych i w ogóle na cały amerykański dobrobyt, który został w dużej części zbudowany na krwi, poci i łzach czarnoskórych niewolników.

Oglądając Korzenie często myślałam, że chętnie obejrzałabym jakiś dobry dokument poświęcony niewolnictwu w ogólności, jego występowaniu na całym świecie i w różnych epokach. Oprócz Afrykanów, w takim dokumencie byłyby współczesne oblicza niewolnictwa, także ekonomicznego, oraz nasz słowiański wkład, czyli z jednej strony los chłopów pańszczyźnianych, a z drugiej wszystko to, co Polacy wyczyniali na kresach. Uważam, że to trochę niesprawiedliwe, że termin ,,niewolnictwo” kojarzony jest tylko z Ameryką, podczas gdy jest to proceder towarzyszący ludzkości od czasów starożytnych.

Ogólnie, ze względu na ważną tematykę, polecam serial Korzenie, nawet pomimo tego, że aktorstwo nie zachwyca, wiele wątków jest tu dziwnie ubarwionych, a praktycznie każda scena niebezpiecznie balansuje między kiczem i patosem rodem z Hallmarku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *