Rekiny wojny

Nie jest to z pozoru film, który mógłby mnie zainteresować. Nie zachęciła mnie do seansu ani informacja, że jest to dzieło twórcy trylogii Kac Vegas (bo kolesiowych komedii nie znoszę najbardziej na świecie, brzydzą mnie po prostu), ani to, że to kolejny obraz zapaskudzony występem Bradleya Coopera. Poszłam jednak na seans, a wcześniej przeczytałam książkę (o której możecie dowiedzieć się więcej tutaj), i nie żałuję, gdyż Rekiny wojny to jedna z tych historii, która pokazuje nam o co tak naprawdę chodzi w wojnie, a chodzi oczywiście o pieniądze. Przywykliśmy już do tego, że w zdrowiu chodzi o kasę, w edukacji i sporcie także, ale że w wojnie najważniejsze jest kto i ile na niej zarobi, to wciąż dość kontrowersyjny temat. Aż się momentami dziwiłam, że Amerykanie pozwolili na wypuszczenia filmu, pokazującego kulisy uzbrajania armii w Iraku i Afganistanie, ale to zapewne zasługa licznych wstawek komediowych, którym jednak nie dajcie się zwieźć, gdyż to zwyczajnie film o tym jak kupić broń i zabijać oszczędniej, a w tym nie ma niczego śmiesznego.

Kolesie z Miami Beach

Rekiny wojny (skrzyżowanie psów wojny i rekinów biznesu) to dwaj bardzo młodzi ludzie, ze smykałką do interesów. David Packouz (Miles Teller) i Efraim Diveroli (Jonah Hill) wychowywali się razem i byli postrachem jesziwy w Miami. Obaj nie mogą pochwalić się sukcesami edukacyjnymi, ale są bardzo zdeterminowani i nastawieni na zarabianie grubych pieniędzy, nieważne w jakiej dziedzinie. Po początkowych niepowodzeniach ich wybór w końcu pada na branżę zbrojeniową. Mamy środek konfliktu bliskowschodniego, wojska amerykańskie, a także Irakijczycy i Afgańczycy, potrzebują coraz więcej broni, a do ich dostarczenia wynajmowani są ci, którzy chcą za to najmniej. Proste, prawda? W obliczu mocno zaniżonej stawki, w oczach speców z Pentagonu takie szczegóły jak niedoświadczenie czy młody wiek naszych ewidentnie wiecznie naćpanych kolesi, zupełnie tracą na znaczeniu. Gdy Packouz i Diveroli wygrywają kontrakt na dostawy broni i amunicji na kilkaset milionów dolarów, są ekstatycznie szczęśliwi, bo w końcu się dorobią. Dopiero potem spada na nich całe logistyczne piekło związane z transportem broni z Albanii, przepakowywaniem amunicji by nie wyglądała na chińską i ze współpracą z nie do końca legalnie działającymi biznesmenami.

Podobnie jak w książce, cała uwaga skupia się na Diverolim i jego diabolicznej osobowości, tyle że tym razem nie jest podkreślana jego maniakalna pasja do zarabiania pieniędzy, a umiejętność manipulowania ludźmi.

war_dogs_trailer_still

Albo uczciwy, albo bogaty

Całą historię poznajemy z punktu widzenia Davida Packouza (i nawet oryginalny Packouz, bo to przecież historia oparta na faktach, pojawia się przez chwilę na ekranie). Bohater, obdarzony znacznie lepszym charakterem niż jego partner, ciągle staje przed dylematem, czy pozostać skromnie zarabiającym masażystą, wiecznie narażonym na napastowanie przez niewyżytych klientów, czy sprzedać duszę diabłu. Za każdym razem oczywiście wybiera to drugie i podejrzanie łatwo udaje mu się przełknąć wszelkie skrupuły związane z handlem nielegalną bronią. Zresztą zarobki są w tej branży tak dobre, że zapewne wielu widzów jest w stanie mu to wybaczyć.

Wiadomo było, że w adaptacji filmowej tej historii trzeba będzie dużo zmienić, bo wersja książkowa była zbyt skomplikowana by wyłożyć ją w sensowym czasie i spójnej wizualnie formie. Niestety, to co otrzymujemy, nie jest szczególnie satysfakcjonujące. Uważam, że połączenie poważnej i ciężkiej tematyki politycznej z rubasznymi motywami komediowymi, wypada dość niestrawnie. Nie wiadomo czy śmiać się czy martwić tym co ci szaleni Amerykanie wyprawiają z resztą świata.

O dziwo jednak, nawet na tak nieoczywistej mieszance stylów, wielu widzów czuło się naprawdę rozbawionych. Widzowie siedzący obok mnie ryczeli wprost ze śmiechu. Jest to zasługa tylko i wyłącznie Jonaha Hilla, który błyszczy na ekranie nie tylko tuszą i potem, ale przede wszystkim niepokojąco hipnotycznym poczuciem humoru. Poczciwy, poprawny, przystojny, a czasem też budzący litość Miles Teller, blednie przy swoim koledze. Przed filmem sądziłam, że Hill będzie jego najsłabszym ogniwem, a okazał się największym atutem. Są tu takie sceny, w których nagle zapominamy o jego porażającym zapuszczeniu promującym otyłość na ekranie, a widzimy tylko charyzmatycznego biznesmena, uwodzącego każdego rozmówcę, z jakim ma do czynienia, niemal magicznymi, oratorskimi sztuczkami. Przy tym jest naprawdę odpychający i śliski, wprost uosabia wszystkich złych filmowych bohaterów, których kochamy nienawidzić.

Żałuję, że nie widziałam tego filmu przed lekturą książki o śmiechu morderców. Co prawda Diveroli nie zabił nikogo osobiście, ale za to jako prawdziwy mistrz manipulacji i przekrętów, może się poszczycić najbardziej niezwykłym śmiechem, który wprost wywołuje gęsią skórkę u widzów. To specyficzne połączenie śmiechu Jokera z chichotem Pana Herbatki z Wiedźmikołaja sprawia, że nawet durne rubaszne żarty, takie typowe dla kolesiowych klimatów, zyskują drugie dno.

One thought on “Rekiny wojny

  • Październik 6, 2016 at 8:32 pm
    Permalink

    NAJLEPSZY FILM JAKI WIDZIAŁEM W ŻYCIU ☺

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *