Wiedźmikołaj (Hogfather)

Jak dla mnie święta mogłyby nie istnieć. Mam do nich naprawdę obojętny (jeśli nie wrogi) stosunek odkąd zorientowałam się, że pierogi i sernik mogę sobie zrobić o każdej innej porze roku, a rodzina też raczej nie zniknie mi po 24 grudnia. Jeśli jednak już świat musi się zatrzymać na tych kilka nieszczęsnych, ciemnych dni, to zdecydowanie wybieram świętowanie przed telewizorem z taką liczbą dobrych filmów ile tylko starczy czasu na ich obejrzenie. Do moich niezawodnych bożonarodzeniowych klasyków od lat należy Wiedźmikołaj, nakręcony na podstawie najzabawniejszej powieści Terry’ego Pratchetta. W tym filmie jest wszystko czego można chcieć dokładnie o tej porze, czyli sporo blasku kominka i przytulnej ciemności, ale też wiele wątków związanych z wierzeniami i mitami, łudząco podobnymi do tego co nazywamy chrześcijańską tradycją.

Choć Wiedźmikołaj ma już 7 lat to zapewniam, że wcale się nie zestarzał i nadal sprawia wrażenie świeżej, a nawet baśniowo nowoczesnej produkcji. Tym, którzy mieli w życiu ogromnego pecha i nie udało im się przeczytać żadnej z powieści Pratchetta donoszę, że jest to adaptacja jednej z części większej sagi opowiadającej o Świecie Dysku. Dysk wyznacza granice fizyczne i mentalne stworzeń zamieszkujących krainę, której centrum jest miasto Ankh-Morpork (zadziwiająco cuchnąca metropolia kojarząca się czasem z Nowym Yorkiem, a czasem z New Delhi). Jak już sobie odpuścimy fasadę i dekoracje, to otrzymujemy postaci o bardzo ludzkiej, czyli nie najlepszej osobowości. Głównym bohaterem akurat tej części jest tytułowy Wiedźmikołaj, czyli dyskowy odpowiednik św. Mikołaja (tyle że z głową dzika). Otóż w wigilię święta Strzeżenia Wiedźm dziadzio znika, a żeby świat się przez to nie skończył i ludzie utrzymali resztki wiary, w jego rolę wchodzi inne metafizyczne stworzenie, czyli Śmierć we własnej osobie. Jest to oczywiście tylko antropomorficzne wyobrażenie śmierci, czyli ludzki szkielet mówiący wielkimi literami, ale całkiem sprawnie sobie radzi. Podczas gdy Śmierć ratuje święta, jego wnuczka (wiedźma, która bardzo chce być zwykłą guwernantką) musi ratować oryginalnego Wiedźmikołaja, a wraz z nim ducha wiary i nadziei w mieszkańcach Dysku.

W tym filmie udało się pokazać wszystko co najlepsze w twórczości brytyjskiego pisarza. Szczególnie podobają mi się wszystkie sceny z udziałem Śmierci i jego wnuczki (te rodzinne dialogi aż skrzą się sarkastycznym humorem). Fantastyczne jest także wszystko to, co dzieje się u magów na Niewidocznym Uniwersytecie (gnom Kurzajka, gnom Kurzajka!!!). Do moich ulubionych bohaterów Wiedźmikołaja należy oczywiście wnuczka Śmierci Susan grana przez Michelle Dockery. Jest tak fantastycznie, angielsko sztywna i zasadnicza, a jednocześnie wyrozumiała i inteligentna w stosunku do swoich podopiecznych, że aż jej zazdrościłam, szczególnie gdy sama byłam nauczycielką. Bezkonkurencyjny jest także grany przez gestapoprzeraźliwego Marca Warrena Pan Herbatka (z akcentem na ,,a”), czyli prężnie działający członek Gildii Skrytobójców. Osobiście uważam, że zdolność wzbudzania w ludziach przerażenia samym spojrzeniem, to umiejętność nie do przecenienia w stosunkach z ludźmi/stworzeniami. Oprócz nich są również inne niezwykłe persony takie jak Wróżka Zębuszka czy Śmierć Szczurów. Naprawdę mnóstwo świątecznych atrakcji.

Oglądając tę długaśną produkcję widz ma naprawdę wiele ciekawych antropologicznych myśli na temat źródeł naszych wierzeń. Może i jest to taka bajka dla dużych dzieci, ale moim zdaniem trafia w samo sedno. Wiedźmikołaj jest lekki, a jednocześnie mówi o zbiorowej podświadomości (świadomości i nadświadomości oraz o pozostałych wymiarach tego co mamy w głowie) więcej niż wszystkie pisma Junga jakie udało mi się przeczytać. Czysta rozrywka i świąteczna zaduma.

2 thoughts on “Wiedźmikołaj (Hogfather)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *