Joy

Joy to film, który nie ma litości dla widzów. Bohaterka ma tak bardzo w życiu pod górkę, zawsze jej wiatr w oczy i pupa z tyłu, a finał jest tak mało pokrzepiający i rozładowujący to całe zgromadzone przez dwie godziny napięcie, że moje odczucia po seansie były takie, jakbym przez cały ten czas patrzyła na podpiekanie Jennifer Lawrence na wolnym ogniu lub na posypywanie jej ran solą, po czym na samym końcu ktoś dałby jej szklankę wody. Coś jest nie tak z proporcjami tej mega amerykańskiej tragikomedii i nawet dziwaczne indywidua z oglądanej przez matkę głównej bohaterki telenoweli nic tu nie pomogą. Nowego dzieła Davida O. Russella nie ogląda się z zaciekawieniem, ani nawet z przejęciem (bo w końcu temat ważny), a jedynie z narastającą, pulsującą frustracją, która zupełnie niczemu nie służy.

Zwykła matka Amerykanka

Na początku czeka nas niezły szok, gdyż młodziutka Jennifer Lawrence gra tu rozwódkę, matkę dwójki dzieci, w dodatku zajmującą się całą rodziną posiadaczkę domu z zaciągniętą hipoteką, jednym słowem gra kobietę po przejściach w wieku niemal średnim (36 lat). No, ale co tam, brniemy dalej. Joy Mangano, jeśli byśmy przyglądali się jej w odłączeniu od rodzinnego kontekstu, miałaby wszelkie predyspozycje do odniesienia w życiu wielkiego sukcesu. Kobieta jest inteligentna, zaradna, przedsiębiorcza, ma dobry charakter, intuicję i w dodatku (czego jej bardzo zazdroszczę) głowę do cyferek. Chyba nie muszę jeszcze pisać, że jest niebrzydką postawną blondynką, bo to się raczej rozumie samo przez się.

Jennifer Lawrence

Niestety, Joy ma też dysfunkcyjną familię, którą zajmuje się niczym dosłownie grupą rozbrykanych i złośliwych przedszkolaków. Najgorsi są rodzice, choć mąż, który mimo rozwodu, zalega w piwnicy, też nie pomaga. Matka Joy (Virginia Madsen) od lat spędza całe dnie na kanapie, oglądając boleśnie kiczowatą telenowelę, przez co dziewczyna, zamiast iść na studia, musiała rzucić wszystko i się nią zająć jak jakąś inwalidką. Z ojca jest jeszcze lepszy aparat. Rudy (Robert De Niro) to podstarzały uwodziciel, który od czasu gdy porzucił rodzinę, nie potrafi normalnie funkcjonować, jeśli nie jest zakochany. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, gdyby nie lądował na kanapie Joy po każdym rozstaniu i gdyby nie wyciskał z niej czego się da przy prowadzeniu księgowości jego własnej firmy. Myślałby kto, że gdy wreszcie nasza bohaterka będzie czegoś potrzebowała od swojej rodziny, dostanie to podane na złotej tacy. Nic z tego. Choć Joy ma naprawdę dobry pomysł na biznes (wymyśla mopa, który sam się wyciska, jest chłonny i można go prać), a rodzina nie ma podstaw by jej nie ufać, ciągle jej przeszkadzają, upokarzają ją i ładują w coraz większe kłopoty. Oj zapewniam was, że po tym filmie każdy, kto kiedykolwiek miał na pieńku z własną rodziną, dosłownie znienawidzi Roberta De Niro i ten jego szczwany, głupio-mądry uśmieszek.

Czasy, w któryś jeszcze coś tworzyliśmy

Ten film to kolejny wyraz nostalgii za czasami, w których Ameryka była jeszcze w formie. Akcja rozgrywa się na początku lat 90-tych, czyli wtedy gdy amerykański sen jeszcze coś znaczył. Joy jest jego uosobieniem, a jednocześnie to, że jest jej tak niemożebnie trudno wybić się z bagna, w którym się znajduje, świadczy o tym, że dekady, w których wystarczyło być ambitnym, pracowitym i pomysłowym, powoli odchodzą w zapomnienie. Od czarnych charakterów, także w rodzinie Joy, aż tu się roi, a my po seansie mamy słuszne przeczucie, że tylko oszuści i cwaniacy się jeszcze mogą na tym świecie wzbogacić.

Są oczywiście momenty, w których Joy dobrze idzie, ale pozytywne emocje budowane w takich scenach służą tylko temu, by nas strącić z chmurki zadowolenia, a naszą bohaterkę pogrążyć w otchłani długów i depresji. I tak w kółko i w kółko. W dodatku ma się podczas oglądania nieprzyjemne wrażenie, że akcja się rozłazi, a poszczególne motywy niekoniecznie się kleją. Za długo to wszystko trwa i jest zbyt sztuczne, byśmy się naprawdę przejęli, no i jak już wcześniej napisałam, telenowela nie pomaga, choć pomysł na jej wprowadzenie był dobry. Oglądani przez znajdującą się w dziwnym transie matkę bohaterowie to połączenie sztuczności i pretensjonalności z Dynastii i Mody na sukces. Noszą takie imiona jak Clarinda czy Bartholemew i zajmują się głównie walką o gigantyczne bogactwo tudzież nie do końca zdrowymi romansami. Są jak bogowie olimpijscy, przy których problemy zwykłych śmiertelników to jakaś gmeranina robaków w piachu. Dziwi tylko, że obie grupy, telewizyjna i realna, wierzą w podobne wartości, czyli w siłę nadziei, niepoddawanie się do samego końca i takie tam inne amerykańskie złudzenia.

Podejrzanie obsadzona Jennifer Lawrence robi, co może by ten film jakoś poratować, ale zbyt rozbudowany scenariusz, a także pojawienie się (znowu!) Bradleya Coopera, jej nie pomagają. Mimo tego ma kilka dobrych momentów, widać, że wie co robić z twarzą, choć gdyby to ode mnie zależało, scenę z obcinaniem włosów w chwili przepełnienia się czary goryczy i ukończenia wewnętrznej transformacji, już bym sobie darowała. Muszą istnieć jakieś lepsze sposoby by pokazać w filmie, że kobieta się zmieniła, niż obłąkane patrzenie w łazienkowe lustro i rozprawianie się z długimi puklami.

One thought on “Joy

  • Styczeń 19, 2016 at 9:05 pm
    Permalink

    Miałam iść na to do kina, jednak przegrała z Lasem samobójców. Ale film na pewno musze obejrzeć jeszcze w tym roku, jak najszybciej!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *