Marsjanin

Gdy zobaczyłam w piątek, że można obejrzeć Marsjanina przedpremierowo, moja radość była ogromna. Ta fabuła wywołuje we mnie radość małego dziecka, ciągoty kujona, który lubi wyzwania nie tyle intelektualne, co stawiane wyobraźni. A wyobraźnia Andy’ego Weira nie ma granic. Może i powieść autorstwa tego maniaka nie ma wielkich walorów artystycznych, jednak działa na zupełnie inne regiony mózgu niż większość produkcji literackich i to jest jej wartość. To samo można powiedzieć o filmie. Sala kinowa, jak nigdy, zapchana do ostatniego miejsca, i chyba każdy z widzów by się ze mną zgodził, że choć Marsjanin nie zmienił radykalnie ich życia, to ten film jak mało który zasługiwał na to, żeby go zrobić i obejrzeć w 3D.

Dobrze, a mogło być lepiej

Przy adaptacjach filmowych dość obszernych dzieł literackich można iść dwiema drogami: albo się nieco napracować nad scenariuszem i wybrać najciekawsze wątki opowiadające właściwie inną niż książka historię, albo dać wszystkiego po trochu, tak by widz mógł odczuć różnorodność i wielość. W przypadku Marsjanina wybrano tę druga drogę i to zdecydowanie jest słabość tego filmu. Nie broni się on jako osobne dzieło, bez książki niestety niewiele znaczy.

Matt Damon na Marsie

Moim pierwszym dużym zdziwieniem było to, że drobiazgowo dokumentowana, długa i bardzo bogata w wydarzenia marsjańska przygoda Marka Watneya (Matt Damon), który spędził na czerwonej planecie ponad 600 soli, zajmuje w tej epickiej produkcji tak mało miejsca. Widać bardzo, że filmowcom zależało na tym, żeby za bardzo nie zanudzać widza. Na co nam suche obliczenia, drobiazgowe kalkulacje i wyjaśnienia praw fizyki? Szkoda, że nikt nie wpadł na to, że to w tych drobiazgach krył się głównie urok Marsjanina. Dla mnie osobiście cała magia tej opowieści była właśnie w tym, że autor potrafił nie znających się na tych sprawach zupełnie ludzi wkręcić i nakręcić tak, że naprawdę się przejmowali temperaturą na Marsie czy okresem wegetacji ziemniaka. Choć Matt Damon robi co może, jego losy nie są już tak porywające.

Podobnie rzecz się ma z resztą ludzkiej populacji. Bohaterów przebywających na Ziemi jak i na statku kosmicznym Hermes jest tylu, że każdy ma dla siebie raptem trzy czy cztery sceny by zaistnieć. Z tej przyczyny nie możemy do nikogo na dłużej się przywiązać, wczuć się w kogokolwiek. Nie dziwi więc fakt, że każdy robi co może by się wyróżnić. Mnie osobiście w pamięci najdłużej zostanie genialnie walczący z czasem inżynier Bruce Ng (Benedict Wong), niezwykle poważna specjalistka od PR Annie (Kristen Wiig) i miotający się Donald Glover w roli Richa Purnella (Troy przejął cały sposób bycia od Abeda i jest bardzo wyrazisty). Cała reszta to tylko panowie w szarych ubraniach, zastanawiający się nad tym, co mogą zyskać a co stracić na ratowaniu biednego Watneya.

Zdjęcia ratują całość

Małe role znakomitych aktorów to jednak nie najważniejsza część składowa tej współczesnej opowieści o marsjańskim Robinsonie. Równie ważne są zdjęcia, a te naprawdę robią wrażenie. Skały i piaski czerwonej planety są równie przestrzenne co wnętrza siedziby NASA i muszę powiedzieć, że jako osoba cierpiąca na agorafobię, kilka razy mocniej złapałam się kinowego fotela, tak to wszystko było sugestywne i przestrzenne. Samych ujęć czerni kosmosu jest już mniej, ale są równie udane co w Grawitacji. Boleję niestety nad tym, że końcowej burzy piaskowej zabrakło. To by było widowisko!

Marsjanin-film-2
Oprócz szerokich planów, filmowcy serwują nam kilka naprawdę pięknych detali. Zbliżenie na małą ziemniaczaną marsjańską sadzonkę było naprawdę wzruszające, podobnie jak ujęcia pokazujące zmiany jakie czas i warunki wyryły na twarzy Watneya. Jest to pewien zamiennik relacji pamiętnikarskiej, taka wizualna narracja. Muszę jednak wyznać, że bez ujęcia chudych pośladków aktora spokojnie bym się obyła.

Amerykański entuzjazm na serio

W powieści podczas całej lektury wyczuwałam, że autor jednocześnie pochwala wieczny optymizm swojego bohatera, typowego amerykańskiego chłopaka, z tych co to walczą do końca, a wszelkie zwątpienie jest im obce, a z drugiej strony trochę się z takiego myślenia naigrywa. W filmie wszystko jest już niestety bardzo na serio, choć (znowu) Matt Damon robi co może by rozładować napiętą atmosferę. Aktor doskonale wciela się w postać wybraną do misji nie tylko ze względu na swoje umiejętności (jest inżynierem i botanikiem jednocześnie) ale też przez wzgląd na jego przyjemną, łatwą we współżyciu, osobowość. Damon znakomicie rozumie, że nic tak jak poczucie humoru, nie pokazuje wielkiej inteligencji i nie ratuje z samotniczej desperacji jednocześnie. Choć pewną nieufność, przyznam, może budzić fakt, że w hollywoodzkim aktorze ewidentnie jest coś, co karze innym porzucać go na innych planetach. Gdy zagra w jeszcze jednym podobnym filmie, stanie się to regułą. (Ciekawe co też może w nim być nie tak i dlaczego zamiast niego, filmowcy nie mogą porzucić gdzieś Bradley’a Coopera).

Pomimo kilku zastrzeżeń, zdecydowanie podoba mi się w filmowym Marsjaninie to, że jest to w gruncie rzeczy klasyczna opowieść o wygranej walce o przetrwanie. Po seansie widz może poczuć się zbudowany i usatysfakcjonowany jednocześnie. Satysfakcja bierze się z możliwości totalnego oderwania się od rzeczywistości (bo od czego jest magia kina?) i podróżowania na odległą planetę. Poczucie zbudowania, to ciepłe pokrzepienie, natomiast bierze się z zaraźliwego przeświadczenia, że w razie nawet najgorszych przeciwności, z odpowiednim nastawieniem, możemy być swoimi własnymi wybawcami. Los Marka Watneya jak nic innego pokazuje, że właściwa motywacja (by nie wyparować w marsjańskiej atmosferze) i wiara we własne siły (jak nie ja, to kto?) to podstawa sukcesu i dobrego samopoczucia.

One thought on “Marsjanin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *