Przesyt żywych trupów i zombie absurdy

Zacznę może nietypowo, bo od wyznania klęski. Szczycę się opinią osoby, która obejrzy wszystko, absolutnie wszystko i choćby miało mnie to zaboleć, zwykle wytrzymuję od początku (nawet największej głupoty) aż do napisów końcowych. Moje oglądanie (i czytanie) tekstów kultury wymagających różnego stopnia samozaparcia, traktuję jako specyficzny typ edukacji. Wychodzę z założenia, że ze wszystkiego można wynieść jakąś pożyteczną naukę. Niestety, ostatnio coraz częściej moja cierpliwość wystawiana jest na próby, których nie jestem w stanie sprostać. Do takich zdecydowanie należą filmy i seriale o nieumarłych, osiągające coraz wyższe stadia absurdu.

A w ukryciu zjadam mózgi

Dobra, przyznam, że jeszcze film Co robimy w ukryciu podobał mi się bardzo. Nowozelandzki paradokument o grupie wampirzych współlokatorów, którzy mają problemy z nowymi członkami społeczności, rozbroił mnie śmiechem, ale to wcale nie zasługa tego, że o wampiryzmie powiedziano coś więcej, tylko tego, że obśmiano temat tak zaskakująco celnie. Myślę, że mało który widz pozostał obojętny na ten czarny ironiczny humor, czy pocieszne twarze Viaga (Taika Waititi) lub Petera (Ben Fransham; Kto wypuścił Petera? :)). Sądzę, że gdyby ci sami aktorzy z tym samym scenarzystą i reżyserem nakręciliby film o czymkolwiek innym w podobnej konwencji, też bym się ubawiła. Momentami miałam wrażenie, że to ruchome obrazki nakręcone na podstawie twórczości Pratchetta, a to już bardzo dobrze. No, ale trzeba przyznać, że gdyby nie dokumentalno-komediowa konwencja, niczego do wampirzego tematu to nie wnosi.

Taika Waititi
Taika Waititi w roli wampira w filmie Co robimy w ukryciu

W tym miesiącu trafiłam na kolejne dwie nowe rzeczy o nieumarłych, z czego jedna mnie zupełnie pokonała i już nie mogę się szczycić tym, że obejrzę wszystko do końca. Maggie nie dałam rady, a naprawdę się starałam. To chyba pierwszy film z Arnoldem Schwarzeneggerem, który mi się nie podobał i na którym zawiodłam się strasznie. Na ile zdążyłam się zorientować, Maggie opowiada o świecie z niedalekiej przyszłości, ogarniętym przez zombie apokalipsę. Za przemianę w żywe trupy odpowiada tajemniczy wirus, którym można się zarazić poprzez ugryzienie (jak ze wścieklizną). Zombizm przybiera formę epidemii, szpitale są przepełnione a po zmroku obowiązuje godzina policyjna. Niestety coraz więcej rodzin traci swoich bliskich, ale Wade (Arnold Schwarzenegger) nie jest gotowy by pozwolić odejść w ten sposób swojej córce Maggie (Abigail Breslin). Na szczęście, nad tym wirusem można zapanować. Bohaterski tatuś zabiera więc córcię do domu i gotów jest walczyć przez następne miesiące o to, by jednak jej przemiana w zombiaka się nie dopełniła. Na tym poprzestałam, bo już rady nie dałam. Najbardziej zabolał mnie oczywiście wydumany sposób podejścia do tematu. Zrobił się z tego kameralny i ckliwy dramat rodzinny, gdzie na miejscu wirusa zombie mogło się znaleźć jakiekolwiek zagrożenie rozbijające rodziny, na przykład wojna lub rak w czwartym stadium. Może wtedy zgrzyt starcia realizmu uczuć z fantastyką tematu nie byłby taki bolesny. Swoje zrobiło też nietypowe obsadzenie Arnolda S. w zadziwiająco poważnej roli zatroskanego ojca. Bardzo go lubię, ale facet naprawdę nie jest dobry w wyrażaniu głębszych emocji. Mogli zatrudnić do tej roli poważnego aktora, a nie uroczego amatora kulturystyki występującego czasami w komediach i strzelankach. A już za przefarbowanie mu włosów ktoś powinien ponieść odpowiedzialność karną. Jednym słowem, nie da się na to patrzeć.

Temat nieśmiertelnej potworności nie wygląda wcale lepiej w serialach. Nie lubię The Walking Dead, ale już lepsze to niż nowo odkryte przeze mnie iZombie. Główną bohaterką jest tu młoda lekarka Liv Moore (Rose McIver), która po pogryzieniu przez podejrzanego typa odkrywa, że włosy jej siwieją, cała jest jakaś blada i ma dziwną ochotę na przyprawione na ostro ludzkie mózgi. Nie myśląc nad tym długo, odcina się od dotychczasowego życia i zatrudnia się w kostnicy, gdzie z rozkoszą oddaje się zarówno przeprowadzaniu sekcji zwłok ofiar przestępstw, jak i zagłębianiu się w tajemnice ich umysłów. Zajadając mózgowe zwoje Liv zaspokaja nie tylko głód, ale i ciekawość policji, której pomaga chwytać zabójców dzięki odzyskiwaniu z neuronów ostatnich wspomnień zmarłych. Czujecie już jak odjechany jest ten serial. Niestety, choć pomysł może się wydawać ciekawy, szybko robi się z nim to, co z większością ciekawych seriali. Zamiast zaskakującej akcji rozwleka się to w tani kryminał i romantyczną dramę. Zombizm schodzi na drugi plan, a Liv albo wikła się w emocjonalne tarapaty, albo jest detektywem medium, jakich już widzieliśmy setki na ekranie. Zwyczajnie, odhaczane są wszystkie najpopularniejsze tematy z ostatnich lat.

Na co to wszystko?

Niby rozumiem, że póki coś się opłaca, będzie kontynuowane, ale i tak sądzę, że z przyzwoitości filmowcy mogliby zarzucić tematy związane z zombi, wilkołakami i wampirami. Daliby widzom odpocząć. Naprawdę nie bardzo widzę sens ładowania do co drugiej produkcji wątku nieumarłych. Kiedyś takie filmy mówiły jeszcze coś o ludzkich pragnieniach i lękach, dzisiaj trzeba się nieźle nagimnastykować intelektualnie, by dostrzec w nich głębszy sens. Jak już się bardzo uprę, to jestem w stanie zrozumieć, że Maggie opowiada o podświadomym lęku rodziców, którzy boją się o to, że ich dorastające pociechy staną się ,,wyobcowanymi potworami”, narkomanami czy nosicielami groźnego wirusa. Każdy kto wychowuje przykutego do komputera szkraba może mieć takie lęki i bać się, że nie zdoła pociechy ochronić, ale czy koniecznie trzeba mieszać do tego wirusy zombizmu?

Arnold Schwarzenegger
Arnold Schwarzenegger w filmie Maggie

Podobnie jest z iZombie. Fabuła każdego wydumanego odcinka sprowadza się do tego, że dopiero w obliczu śmiertelnego (i pośmiertnego) zagrożenia, nasza bohaterka zaczyna naprawdę żyć. W końcu jak się nazywa Liv Moore to do czegoś zobowiązuje. Ale wiecie co? Jest już taki serial i nazywa sie Chasing Life (wybór nie przypadkowy, obie produkcje są kliszą tego samego, dość banalnie potraktowanego schematu). Zastąpcie sobie zombizm białaczką i nie będzie żadnej różnicy, a sokoro nie widać różnicy, to po co udziwniać?

Jak widzicie, nie najlepiej znoszę pierwsze lato bez Czystej krwi.

One thought on “Przesyt żywych trupów i zombie absurdy

  • Lipiec 30, 2015 at 1:36 pm
    Permalink

    film jest genialna komedią, oglądałem go już ze 2 razy, i nadal mam w kolekcji, więc…pewnie obejrzę raz jeszcze :-)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *