Michael Kohlhaas

Gdybym kierowała się tylko intelektem, mogłabym napisać, że ta adaptacja noweli psychologicznej XIX-wiecznego niemieckiego pisarza Heinricha von Kleista, która z kolei bazowała na XVI-wiecznym żywocie niejakiego Hansa Kohlhase, to zacne dzieło o ważkiej treści. Wielu recenzentów widzi w tym filmie moralitet, prawdziwą przypowieść o sprawiedliwości i zemście, i wypadałoby się z nimi zgodzić. Gdyby chodziło tylko o to co się rozumie, a nie czuje, mogłabym pochwalić bardzo (ale to bardzo) oszczędne wypowiadanie słów, a także piękne w swej surowości i realizmie zdjęcia ukazujące już nie Niemcy, ale dawną Francję. Wypadałoby także pochwalić Madsa Mikkelsena za kolejną mega męską, hipnotyczną rolę milczącego mściciela (skojarzenia z Valhallą same się nasuwają). Niestety moje emocje, a nawet całe ciało, nie słuchały mózgu w czasie seansu, który mnie zwyczajnie znudził, wymęczył i zabolał.

Film wyreżyserowany przez Armanda des Pallieres jest tak poszatkowany i ,,niedomówiony”, że momentami trudno się połapać o co chodzi, co jest bardzo irytujące. Jak się człowiek wysili i odgoni senność, to dochodzi do wniosku, że to opowieść o poczciwym, wywodzącym się z ludu handlarzu końmi (Mads Mikkelsen), który wszedł w konflikt z pewnym baronem (Swan Arland), a w konsekwencji z całą klasą rządzącą. Poszło o parę czarnych jak piekło koni, które Kohlhaas, oszukany przez barona, zostawił u niego w charakterze zastawu. Gdy handlarz przyjechał do barona po jakimś czasie by odebrać swoją własność, zamiast pięknych rasowych rumaków, zastał zmarnowane, na wpół żywe szkapiny, które przez miesiące były zmuszane do ciężkiej racy. Kohlhaas próbuje legalnymi środkami uzyskać odszkodowanie za szkodę na swym mieniu, co mu się nie udaje. Śmierć żony przesądza sprawę i mężczyzna postanawia sięgnąć po mniej legalne sposoby. Rozpoczyna się wymierzanie sprawiedliwości, czyli osiągająca coraz większe rozmiary krwawa jatka, w której chce wziąć udział spora liczba prostych ludzi domagających się sprawiedliwości od szlachty.

Podczas oglądania tego filmu wszystko aż we mnie wrzało i krzyczało, żeby przestać. Nie, nie dzieje się tam nic aż tak strasznego czy niesmacznego by się na przykład bać, no chyba że ktoś boi się filmowego bełkotu i nudy. Chaos i nuda to wątki przewodnie tej produkcji, którą naprawę radzę omijać z daleka. A jeśli chcecie odrobinę przedsmaku tego co się w Michale Kolasie dzieje to proszę: światło w oknie, światło w drzwiach, spalona trwa, konie, konie, konie, muchy brzęczą, ludzie umierają, krew i brud. Szczególnie brudu i much jest tu sporo. Brzęczenie właściwie nigdy nie ustaje, przez co wydawało mi się, że gdzieś w pobliżu musi leżeć jakaś padlina, albo, w sensie metaforycznym, wszyscy bohaterowie są już padliną. Brudu, czarnego, lepiącego, obrzydliwego, także nie szczędzi się widzom, choć to chyba nikomu poza mną nie przeszkadza. Wszak nadaje on obrazowi taki ,, surowy, realistyczny i piękny charakter”.

Nie wzruszyły mnie tu sceny rodzinne (choć trochę się obawiałam czy Mads nie zje żony lub córki). Niczyja krzywda mnie tak naprawdę nie obeszła, no może poza końską, bo biedaki niczemu nie były winne. Naprawdę nic by się nie stało, gdybym tego poszatkowanego, w większości niemego zestawu scen nie obejrzała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *