Przepis na miłość

Dziś kontynuujemy temat bardzo dziewczyńskiego kina na pochmurne wieczory. Poza dramatami kostiumowymi, najlepsze są w tym gatunku zdecydowanie francuskie komedie, a wśród nich najbardziej przytulaśna, czyli Przepis na miłość (przy okazji coś do kącika gastronomicznego). Wątpię by prawdziwi wielbiciele francuskich komedii nie widzieli już tego filmu, ale może jeszcze uda się kogoś zachęcić. W końcu, co może być lepszego na tę paskudną pogodę niż ciepły film o ekscentrykach mówiących zmysłowym francuskim i zajadających się wykwintnymi czekoladkami?

Anonimowi wrażliwcy

Główną bohaterką Przepisu na miłość jest Angelique (Isabelle Carré), która cierpi na bardzo dokuczliwą przypadłość, a mianowicie jest wręcz chorobliwie nieśmiała. Jej nieśmiałość ma tak poważną formę, że kobieta uczęszcza nawet na specjalne spotkania dla anonimowych wrażliwców, podczas których ludzie tacy jak ona zwierzają się grupie ze swych licznych niepowodzeń. Jak to często w życiu bywa, wielka ułomność jest wynagradzana także wielkim talentem. W tym przypadku dziewczyna lekko upośledzona społecznie (wiem co mówię, bo sama tak mam) dysponuje niesamowitym darem cukierniczym. Przygotowywane przez nią czekoladki są małymi dziełami sztuki, które wywołują euforię u każdego, kto ich spróbuje. Niestety świat nie może się dowiedzieć o talencie nieśmiałej Andżeliki, gdyż jej nieśmiałość na to nie pozwala.

Życie wstydliwej paryżanki zmienia się gwałtownie, gdy nasza szara myszka w berecie zaczyna pracę w upadającej wytwórni czekolady. Szefem tego przestarzałego przybytku jest wybuchowy i gwałtowny (wręcz agresywny) Jean-Rene (Benoît Poelvoorde), który jak się szybko okazuje, sam jest bardzo niepewny siebie, tylko ukrywa to w inny sposób. Zapewniam, że próby nawiązania bardziej intymnych relacji przez tę dwójkę wrażliwych głuptasów, to jedna z najzabawniejszych i najbardziej rozczulających rzeczy jakie widziałam.

Isabelle Carré

Co za klimat! Co za czar!

Przepis na miłość to kwintesencja tego, czego zwykle szukam we francuskich komediach. Nie jest to oczywiście jakieś ambitne dzieło, ale daje pocieszenie i rozgrzewa od środka, a przy tym nie jest nam wstyd i nie czujemy się brudni jak to zwykle bywa po obejrzeniu amerykańskiej komedii. Jak to jest, że Francuzi wiedzą jak nie przekraczać granic dobrego smaku (nawet gdy film jest jawnie sprośny) a Amerykanie jakoś nie mogą się tego nauczyć?

W tej opowieści, oprócz samej historii miłosnej dwojga ekscentryków, podoba mi się nieco baśniowy klimat jak z Amelii. Andżelika też jest taka trochę mała i przestraszona, zagubiona we wszechświecie i we własnych lękach, a przy tym bardzo stylowo ubrana i zwyczajnie kobieco urocza. No i jej charakter nie jest wcale taki oczywisty. Gdy trzeba się do kogoś odezwać, jest przerażona, ale gdy jej adorator zalicza kolejne wtopy, ona się nie zraża i odważnie zachęca go do dalszych prób. A już w scenie pierwszego pocałunku na ulicy są absolutnie uroczy, choć Jean-Rene to taki podstarzały brzydal i nerwus nieprzysiadalny.

Benoît Poelvoorde i Isabelle Carré

Jakby komuś było mało, to śpieszę donieść, że mamy na ekranie wspaniałą francuską jesień. Pochmurny i deszczowy klimat znakomicie się komponuje z wnętrzem starej fabryki, brukiem wąskich uliczek, małymi sklepikami i nastrojowymi restauracjami. W dodatku aura daje pretekst do tego by nasi bohaterowie ubierali się w cudnie znoszone i oswojone wełniane wdzianka, szaliki i płaszczyki. Czegóż dziewczyna może chcieć więcej od filmu? No może tego, żeby zabójczo przystojny Pierre Niney nie grał tylko drugoplanowej rólki jako pomocnik cukiernika, ale zastąpił na pierwszym planie cholerycznego Gargamela Poelvoorde.

Niewyobrażalne czekoladowe przyjemności

Dosłownie niewyobrażalne, ponieważ ja osobiście nie mogę sobie nawet wyobrazić jak mogą smakować wykwintne czekoladki przygotowywane przez Andżelikę. Słodycze z nadzieniem z liści mięty, borowików czy papryki to dla mnie jakiś kosmos, ale po minach bohaterów wnoszę, że jest to niemal orgazmiczna przyjemność, dla każdego, kto mógł tej słodyczy zakosztować.

Dzięki temu, że proces przygotowywania czekolady jest tu tak pięknie pokazany (prawdziwe food porn), każda z nas może odnaleźć w sobie wewnętrzną domową boginię, która zechce wyczarować w swojej kuchni podobne słodkości. Nie ma tu lubieżnego oblizywania paluchów, imponujących dekoltów czy frywolnych spojrzeń, ale zapewniam, że nieśmiała Andżelika działa na wyobraźnię równie dobrze jak słynna Nigella.

3 thoughts on “Przepis na miłość

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *