Tamte dni, tamte noce

Jest to film o najpiękniejszym, co nam się może w życiu wydarzyć, czyli o wielkiej miłości. W dodatku okoliczności rozkwitu tego uczucia też są bardzo piękne, gdyż akcja rozgrywa się w XVII-wiecznej willi znajdującej się w północnych Włoszech, a do tego mamy pełnię lata. Wyobrażacie sobie bardziej sprzyjające warunki do rozwoju uczucia, bo ja nie. Jeden z poprzednich filmów Luki Guadagniniego, Jestem miłością, dawał nam podobne wrażenie przeżywania z bohaterami czegoś niezwykłego, tyle że tym razem mamy do czynienia z autentyczną świeżością uczuć kogoś, kto przeżywa wszystko pierwszy raz, w dodatku w niemal doskonały sposób. Na ekranie widać idealnie uchwyconą miłosną magię i to nic, że film jest długi, tempo powolne, a dramatyczne zwroty akcji w tym świecie nie istnieją. Od tego jest kino, by czasem nas zabrać do krainy szczęśliwości i piękna, gdzie nic nie zniszczy ideału.

Pierwsza miłość młodego mądrali

Mamy rok 1983 kiedy to siedemnastoletni Elio Perlman (Timothee Chalamet) spędza z rodzicami wakacje we Włoszech, oddając się beztroskim rozrywkom. Elio to prawdziwy szczęściarz, bo nie dość, że jego rodzice są dość zamożni by przywozić go tu latem, to w dodatku oboje są wspaniałymi i wrażliwymi ludźmi. Amerykański tato, profesor Perlman (Michael Stuhlbarg), specjalizuje się w kulturze antycznej, a urocza włoska mama (Amira Casar) jest tłumaczką. Nic więc dziwnego, ze Elio mówi biegle w trzech językach i dla rozrywki słucha muzyki poważnej, którą także gra i komponuje. Nieprzeciętnie inteligentny, wrażliwy i oczytany młodzieniec żyje sobie niczym pączek w maśle, a będzie jeszcze lepiej, gdy do willi zawita stypendysta profesora, piękny niczym grecki posąg, Oliver (Armie Hammer). Młody mężczyzna i nastolatek nie od razu się polubią. Jednak ich relacja z fazy niechęci, a potem męskiej przyjaźni, szybko przerodzi się w coś głębszego. Nim minie lato, panowie będą w sobie bezgranicznie zakochani.

W filmie ujmuje to, że oprócz czysto fizycznej fascynacji, bohaterów łączy też głębsze duchowa więź. W dodatku oni naprawdę mają o czym ze sobą rozmawiać, obaj są elokwentni i kochają gorące dyskusje. W dodatku i Elio, i Oliver reprezentują podobne podejście do życia i jego darów, pomimo uczucia, jakim się darzą, nie odmawiają sobie też damskiego towarzystwa, przez co ich relacja ciekawie nawiązuje do antycznego ideału męskiej miłości. A wszystko to dzieje się na tle zapierających dech wiejskich i leśnych widoków, przy malowniczych ruinach, w omszałych akweduktach lub obok antycznych rzeźb przedstawiających powabnych efebów. Opaleni, przystojni i wysportowani kochankowie stanową naturalne uzupełnienie tego niezmiennego od wieków krajobrazu.

Po słonecznej stronie życia

Jeśli spodziewacie się dramatów, społecznego ostracyzmu czy choćby tragicznych scen z udziałem rodziców nastolatka, którzy nie mogą się pogodzić z panseksualnością syna, to się rozczarujecie. Po takie emocje musicie sięgnąć do zeszłorocznego oskarowego faworyta, czyli Moonlight. Ten film nie ma z mrokiem, frustracją, czy wykluczeniem nic wspólnego. To raczej radosna afirmacja życia z wszelkimi jego zmysłowymi przejawami. Uczucie bohaterów jest głębokie i czyste, a do tego idealnie piękne i intensywne ze względu na ograniczenie czasowe. Pomijając preferencje dotyczące płci, takiej pierwszej miłości, jaką los podarował Elio, każdy widz mógłby sobie życzyć, a także tak wspierających i życzliwych rodziców, a nawet porzuconych nastoletnich kochanek :)

Nie dzieje się tu wiele, a jednak dzieje się wszystko co najważniejsze. Są emocje związane z niepewnością, pierwszym zbliżeniem, potajemnymi pocałunkami i nocnymi schadzkami. Widzieliśmy to już na ekranie, a jednak tym razem udało się opowiedzieć o miłości w zupełnie inny, bardziej autentyczny sposób. Naprawdę podoba mi się to, że to właśnie taki film, w której nie ma ciemnej strony, tego całego brudu i przemocy, jakim epatuje współczesne kino, nawet jeśli przez to fabuła razi baśniowością. No i ci ludzie! Kiedy ostatni raz widzieliście film bez choćby jednego czarnego charakteru? Tutaj wszyscy bohaterowie sprawiają wrażenie jakby na poważnie do serca wzięli sobie starożytny ideał dobra i piękna, żyją mądrze, są uprzejmi i ciepli, okazują sobie wsparcie i mają świadomość, jaki to całe piękno dookoła nich jest ulotne. Tamte dni, tamte noce to spa dla duszy i film, który powinien stać się treścią wspomnień każdego z nas, gdy myślimy o nastoletnich fascynacjach.

No i oczywiście to cudowna laurka wystawiona Italii, której nie można po takim filmie nie zobaczyć. Do wyjazdu jak i do lektury książki Andre Acimana, której film jest adaptacją, gorąco wszystkich zachęcam.

Na koniec dodam dwie uwagi krytyczne, coby nie było zbyt słodko. Pierwsza dotyczy grającego Elia Timothee Chalameta, w którego młodzieńczą niewinność momentami trudno mi było uwierzyć. Jakoś nie polubiłam go za bardzo, co jednak nie przeszkadzało mi w cieszeniu się filmem. Zapewne cwane spojrzenie i nieskładne ruchy miały oddać jego dziwną nastoletnią naturę, a jak wiadomo, nie ma nic mniej sympatycznego na świecie niż nastolatki. Druga uwaga dotyczy sceny z brzoskwinią, bez której bym się spokojnie obyła. Już nigdy nie spojrzę na ten owoc tak, jak kiedyś, że nie wspomnę o jego konsumpcji. Rozumiem, że to symbol i niewinny żart, ale jakaś delikatna granica została tu przekroczona. Poza tym film jest wspaniały i bardzo mu kibicuję w oskarowym wyścigu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *