Legend

Tyle czekania i takie rozczarowanie! Jak nigdy, nawet się starannie przygotowałam do seansu, oglądając wszystko co wcześniej nakręcono o bliźniakach gangsterach, w tym dość nudną fabułę, bardzo specyficzny dokument (autorstwa pana, który cały czas powtarzał, że jest oficjalnym biografem braci Kray) i niespodziewanie dobry i klimatyczny drugi sezon Whitechapel (naprawdę polecam). Gdy już zatem usiadłam w fotelu kinowym, nie mogłam uwierzyć, że z tak medialnej rodzinnej historii można było zrobić coś tak pozbawionego emocji, a nawet groteskowo śmiesznego i to w złym sensie, gniota. Najbardziej przykre jest jednak to, że nawet ci, którzy pisali o tym, że co prawda film słaby, ale Tom Hardy w podwójnej roli wspaniały, kłamali (choć pewnie w dobrych intencjach). Zapewniam, że brytyjski aktor nie ma większej fanki ode mnie, a jednak już po godzinie miałam ochotę wybiec z kina i już nigdy nie patrzeć na tę wykrzywioną w przesadnych grymasach twarz. No przeholował chłopina.

Lata 60. w dzikim Londynie

Legend to od samego początku film mocno i nieumiejętnie stylizowany na Chłopców z Ferajny i inne ,,klasyki”, który pokazuje jak bracia Reginald i Ronald Kray (w obu rolach Tom Hardy) stali się ze zwykłych oprychów z East Endu, najbardziej wpływowymi gangsterami Londynu. Reggie to czarujący i inteligentny młody człowiek, który co prawda aktywnie uczestniczy w rozbojach, zastraszaniu i kradzieżach, ale ma w sobie także żyłkę biznesmena. Jego umysł zaprzątają żywo takie kwestie jak rozwój i poszerzenia działalności rodzinnej ,,firmy”, a także (pod wpływem namów ukochanej Frannie) sprawienie by legalne interesy w klubach nocnych i kasynach zastąpiły te mniej legalne przedsięwzięcia. Gdy w dodatku Reggie zakochuje się z wzajemnością, myślimy, że ten facet ma naprawdę wszystko. Niestety, ma też brata bliźniaka.

Tom Hardy

Ronnie jest mrocznym alter ego Reggi’ego. Cierpiący na schizofrenię homoseksualista z ogromną skłonnością do zwierzęcej przemocy i utopijnymi wizjami stworzenia dziecięcej wioski w Afryce, to nie najlepsza wizytówka przestępczego imperium Kray’ów. Wkrótce konflikt między braćmi wybuchnie, ale gdy jest dobrze to jest bardzo dobrze. W złotej erze londyńskiej gangsterki pieniądze płyną do Kray’ów strumieniami, a bliźniacy cieszą się w dodatku ogromnym szacunkiem nie tylko w półświatku, ale i wśród celebrytów i arystokracji.

Mieli styl, wdzięk i czar

Niestety jednak ani stylu, ani wdzięku, ani nawet czaru nie widać w Legend. Co prawda towarzyszący nam co chwilę głos Frances (Emily Browning) stara się sugestywnie zakreślić baśniową wizję, ale jej słowa rozjeżdżają się z tym co jest na ekranie. Jeszcze przed seansem, gdy dopiero starałam się zrozumieć co takiego szczególnego było w braciach Kray, że ich historia fascynuje do dzisiaj, przy okazji kolejnego reportażu czy filmu dochodziłam do wniosku, że chodzi właśnie o pewną nową jakość, klasę i charakter, których bracia mieli aż w nadmiarze. Patrząc na zdjęcia z ich młodości (ale późniejsze też) odnosi się wrażenie, że byli swoją własną kreacją, potrafili sprawić by ludzie brali ich za geniuszy zła, choć tak naprawdę to zwykli socjopaci z wielkimi problemami psychicznymi i zapatrzoną w nich mamuśką. To nie oni przecież wynaleźli zbrodnie, nie oni pierwsi wpadli na pomysł płatnej ochrony zastraszonych przedsiębiorców, nie byli też pionierami przekrętów finansowych ani szantaży polityków. No tak, ale to ich zapamiętano z tego, że robili to wszystko z niespotykanymi wcześniej klasą, rozmachem i sadyzmem. Byli jak celebryci czy arystokraci kręcący się po ich klubach i gdyby nie wybuchowy charakter jednego czy choroba psychiczna drugiego, zapewne byliby dziś bardziej znani niż sam Al Capone (osobiście mam taką teorię, że Hardy przyjął role w tym słabym filmie tylko po to, by sobie poćwiczyć przed wcieleniem się w Capone’a, co widać w ujęciach Rona). Piszę to tylko po to, byście mogli zdać sobie sprawę z tego, że po raz kolejny materiał na wielki film został zmarnowany i dostajemy nudną szmirę, na której boleśnie trudno wysiedzieć ponad dwie godziny w kinie. Naprawdę lepiej ten czas poświęcić na obejrzenie drugiego sezonu Whitechapel, który ma tylko trzy odcinki, a jest bardziej mroczny i klimatyczny, choć niskonakładowy i z mniej przystojnymi aktorami.

Legend-2

Gdy Hardy’emu nie wychodzi

Gdy słaby aktor gra słabo to w sumie nic dziwnego, ale gdy aspirujący do wybitności i aktorskiego geniuszu Tom Hardy zaczyna odstawiać parodię własnego stylu, grając z przesadą zarówno przystojniaka, jak i chrumkającego knurka ze schizofrenią, to już żal patrzeć. Najgorsze jest to, że on jak nikt się do tej roli nadawał, wcześniej wielokrotnie grał psychopatów i gangsterów (The Take, Bronson, Peaky Blinders) i to z ogromnym powodzeniem. Sądzę, że gdyby za Legend odpowiadały te same osoby co za ostatnie świetne produkcje serialowe z jego udziałem, to byłby to ogromny sukces. I nie chodzi nawet o to, że się aktor nudzi bo sam jeden jest wciąż na ekranie. Po Locke’u już wiemy, że taka twarz nie może się opatrzeć, no chyba że trafi się na reżysera, który nie wie co robić z aktorami. Hardy zwyczajnie przedobrzył i choć śmiejemy się z wygłupów Rona czy z Casanovy Reggie’go, to jest jakoś nieswojo na to patrzeć. W dodatku wspólne sceny Rona i Rega trącą sztucznością. Ewidentnie Hardy nie radzi sobie z pustką po sobie. Gdybym go tak nie lubiła, czepiłabym się też tego kaczego chodu i całej powierzchowności, gdyż oryginalni bliźniacy to jednak były fajne rasowe i przystojne chłopaki. Epatowanie elegancją i nienaganną sylwetką było ich znakiem rozpoznawczym, ale w Legend tego nie zobaczymy.

Tom Hardy i Emily Browning

A już sceny miłosne z Emily Browning to totalna katastrofa. To wygląda tak, jakby Hardy przez dwie godziny całował się z chudym dzieckiem o wielkiej głowie. Jeśli będzie jakiś konkurs na najbardziej aseksualną parę ekranową roku, to duet Hardy-Browning mają nagrodę w kieszeni. Naprawdę rozumiem, że aktor nie może w każdym filmie grać ze swoją żoną, ale chyba są w Anglii jeszcze jakieś ładne dziewczyny nie wyglądające jak ofiary pedofila.

Podsumowując, stwierdzę krótko, że Legend lepiej sobie darować, zwłaszcza jeśli jest się fanem Toma Hardy’ego lub klasycznych kryminałów. Aktorstwo jest słabe, fabuła miałka, wszystko się rozłazi i nudzi niepomiernie.

7 thoughts on “Legend

  • Październik 12, 2015 at 12:35 pm
    Permalink

    Kochana, Hardy zagrał bardzo karykaturalnie a sam film jest groteskowy, komedia pełną parą. Czysta parodia, ja jestem podniecona jego podwójną rolą a krytycy tak samo. NIE ZGADZAM SIĘ Z NAJAZDEM NA SZCZERBATEGO KONUSA:) Film taki sobie, pewnie, ale Hardy odwalił kawał piekielnej szarży okraszonej parodią, ja się śmiałam. Na filmwebie jego średnia roli jest blisko Bronsona, kapitalna sprawa. Nie rozumiesz jego arcykarykaturalnej gry. Pomyśl o jego scenariuszu, co musiał grać. Ja jestem za nominacją za najlepszego aktora:)

    Reply
  • Październik 12, 2015 at 2:28 pm
    Permalink

    Pozwolę sobie jeszcze coś dopisać. Hardy przesadził jako MadMax ze swoim upośledzonym scenariuszem, brakowało mu jeszcze stroju klauna. Bo tak to biegał i zachowywał się jak małpka w cyrku. Fantastyczny był jak miał na ryju kaganiec. Widać, że czuł się w tej roli swobodnie, tym samym swobodnie kreował postać, trochę walniętą i zdziczałą. A co do Reggiego i Frances?Aseksualna para to zdecydowanie Furiosa i Max. Jakże aromantico! Ona – zimna, oschła przedstawicielka feminizmu, on – o kobiecych ustach, mruczący kot Mruczek, zagubiona sierotka Marysia. Mam nadzieję, że dwie role Toma jakoś przemówią do Ciebie, nie wiem jak to możliwe, że taka fanka Toma chciała wyjść z kina… :D Albo uznasz to za karykaturę braci albo nic :D :D

    Reply
  • Październik 13, 2015 at 1:56 pm
    Permalink

    No to chyba nic:) Choć Hardy jest uroczy, bardziej nawet w roli schizofrenika niż amanta, nie zmienia to w moim odczuciu faktu, że przesadził. Nie widzę powodu do robienia z Legend komedii, bo ani wyznania samobójczyni, która się zabiła po tym jak ją mąż pobił, ani też dowcipasy z choroby psychicznej czy orientacji Rona, jakoś szczególnie mnie nie bawią. A w grze Hardy’ego przeszkadza mi tu konkretnie to, że on odstawia parodię, a cała reszta aktorów gra w dramacie. To, że lubię aktora nie zmienia faktu, że bez dobrej reżyserii i porządnego scenariusza i jemu zdarza się przestrzelić rolę.
    A w ogóle to ani romans, ani kryminał, ani nie wiadomo co. Koś chyba nie mógł się zdecydować jako film kręci:)

    Reply
    • Październik 13, 2015 at 3:37 pm
      Permalink

      To jest kontrolowana przesada. Bałam się opinii naszego krytyka Walkiewicza i…? Nic nie pisał o przesadzie, tylko o wyśmienitej kreacji. Dodał, że film słaby, ale dla dwóch Tomków powinno się pójść. Zero sarkazmu z jego strony.Tomki przestrzelili rolę w piękny sposób :) Odebrałyście jego występ w taki a nie inny sposób i ok, ja się już nie wtrącam. Zdania są podzielone. Do zobaczenia na nominacjach:>

      Reply
      • Październik 13, 2015 at 8:24 pm
        Permalink

        Ja akurat opinią pana Walkiewicza niewiele się przejmuję, za to od lat słucham mądrych krytyków z Tygodnika Kulturalnego, którzy chyba (poza panem Zdzisławem) mają podobne odczucia odnośnie filmu.

        Oczywiście też życzę Tomowi nominacji, za cokolwiek. Lepiej żeby on dostał Oscara za słabszą rolę niż na przykład Bradley Cooper za najwybitniejszą:)

        Reply
        • Październik 14, 2015 at 8:11 am
          Permalink

          Co zrobić, najlepszą obroną jest krytyk; powie coś o filmie i aktorach i to musi być prawda…”bo krytyk tak powiedział i proszę nie dyskutować” haha…

          Jemu wystarczy nomka za najlepszego, na Oscara to jeszcze gówniarz z niego

          Reply
  • Listopad 20, 2015 at 1:21 am
    Permalink

    Eh jak bardzo ci ten aktor wyszedł uszami…:-) Uważam że jak już zgarnął nominację do bifa za te role to naprawdę nie były wg znawców przekroczone do granicy debilizmu aktorskiego… Także Reg i Ron w wykonaniu Toma zrobiły wrażenie i nominację dla najlepszego aktora już ma, ach, to super sprawa.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *