Amy

Nie jestem wielką fanką twórczości Amy Winehouse (ani w ogóle jakiejkolwiek muzyki), ale nawet ja jestem w stanie docenić jej niesamowity głos. Bardziej jednak niż urok piosenek, licznie prezentowanych w filmie Asifa Kapadii, doceniłam osobę kryjącą się za tym olbrzymim talentem. Oglądamy oto dziewczynę znajdującą się w tragicznym położeniu, nie mającą właściwie szans na szczęśliwe zakończenie. Zakładniczka wielkiego daru, głosu który dostała od natury i wspaniałego jazzowego gustu muzycznego, nie została jednocześnie wyposażona w osobowość, która byłaby w stanie unieść to, co się z tym wiąże. Wszystko było przeciwko niej, media, mężczyźni jej życia i ona sama. Film Amy to kolejna cegiełka budująca współczesną mitologię wielkich artystów zmiażdżonych przez kochający je świat.

Każdemu się dostaje

Ten dokument jest dla widza prawdziwym wyzwaniem. W większości składa się z prywatnych nagrań, zapisków i relacji telewizyjnych, a głosy samej artystki i znających ją osób słychać jedynie z offu. Mamy przez to dość niesamowite i lekko przerażające wrażenie, że podglądamy czyjąś intymność, a jednocześnie, że to tylko film fabularny o wielkiej gwieździe, stylizowany na dokument. Wszak Amy Winehouse jest już częścią masowej wyobraźni, ikoną, która ma alternatywne życie w popkulturze, niezależne od śmierci swojej cielesnej powłoki (oprócz masy dziwnych gadżetów, ostatnio w ubraniowej sieciówce natknęłam się nawet na koszulki z animowanymi rysunkami ikon popkultury; była tam także kreskówkowa Amy, obok kolorowego Davida Bowie, Marylin Monroe czy Freddiego Mercury’ego). Nie wiem jak innym, ale mnie osobiście było dosyć nieswojo patrzeć na przykład na zdjęcia tracącej przytomność artystki, czy na ujęcia osób opuszczających cmentarz po pogrzebie. Ciągle myślałam o tym, że nie dość, że za życia Amy dała na sobie zarobić tak wielu osobom (w tym przede wszystkim przedstawicielom licznych mediów polujących na newsy o niej), to jeszcze teraz, już po śmierci, nadal można na niej zarobić, a my wszyscy, idąc na ten dokument do kina, przyczyniamy się do tego. Uczucie bardzo podobne do towarzyszącego informacji, że oto Michael Jackson wydaje kolejną płytę.

Jednak nie wyszłam z kina, a nawet wgapiałam się w ekran jak zahipnotyzowana. Amy była rzeczywiście obdarzona jakąś tajemniczą charyzmą, a w dodatku w jej pędzie do autodestrukcji jest coś hipnotyzującego. Jakby z góry postanowiła, że będzie żyć krótko i intensywnie, tak żeby została po niej nieśmiertelna legenda. O to, że jej życie i kariera trwały tak krótko, można mieć pretensje do wielu osób. Prawdopodobnie zdaniem samej piosenkarki, najbardziej zawinił ojciec, z którego odejściem od matki Amy nie mogła się nigdy pogodzić. To przez niego zaczęła bardzo wcześnie brać leki antydepresyjne, zapewne pozbawiając się tym samym szans na osiągnięcie dojrzałości emocjonalnej czy radzenie sobie bez wspomagaczy z różnymi życiowymi przeciwnościami. Swoje dołożyła też matka, zbyt łagodna i nie potrafiąca ustalić, tak potrzebnych dziecku, granic. Gdy wreszcie pojawił się Blake, było już pozamiatane. Młoda i bardzo wrażliwa artystka, która chciała tylko w spokoju nagrywać piosenki, nie miała od początku szans.

A może jednak warto?

Poznając Amy nie tylko jako ikonę sceny, ale i zwykłą osobę, oczywiście czujemy żal i współczucie. Zaraz za tym jednak może przyjść jednak myśl, że gdyby nie tak skomplikowane życie, nie byłoby pożywki dla talentu, a tym samym świat nie dostałby takich hitów jak Rehab czy Back to Black. Talent Amy ewidentnie znajdował pożywkę w jej nieszczęściu. To w swoim skomplikowanym życiu emocjonalnym, autorka tekstów znajdowała największą inspirację. Dzięki temu filmowi wchodzimy bardzo głęboko w sekrety jej procesów twórczych. Właściwie już nic nie zostaje niedomówione, nie ma nic prywatnego. Z jednej strony to bardzo niepokojące, gdy znamy jej diagnozy lekarskie i kolejne zjazdy narkotykowo-bulimiczno-alkoholowe. Z drugiej strony mamy okazję poznać właśnie człowieka, a nie przyćmiewającą go ikonę popkultury, a jest to człowiek naprawdę złożony, cierpiący, ale i bardzo szczęśliwy (zwłaszcza na scenie). Dla tych chwil, w których młoda Amy z początków swoje kariery lub poznająca swojego muzycznego idola, cieszy się jak małe dziecko, można przypuszczać, że może jednak było warto rzucić się w objęcia sławy, choć zakończenie dokumentu temu przeczy.

Frustracja i podziw

Jedno jest pewne, ten film koniecznie trzeba zobaczyć, choćby dla możliwości podziwiania na chwilę rozbłyskującego ogromnego naturalnego talentu. Te momenty, w których jakiś człowiek wzbija się wysoko ponad przeciętność dostępną dla reszty rodzaju ludzkiego, są bezcenne. To jak zobaczyć znów po raz pierwszy Susan Boyle śpiewającą w eliminacjach do Britains Got Talent, słuchać premierowego nagrania Bohemian Rhapsody, czy patrzeć na pierwsze ujęcia scen, w których Heath Ledger wciela się w Jokera. Przesadą byłoby oczekiwać, że tacy artyści będą mieścić się w naszej skali normalności, czy zdrowia psychicznego.

Niestety należy się przygotować też na olbrzymią frustrację, szczególnie podczas scen z udziałem perfidnego i chciwego tatusia oraz ukochanego byłego męża Amy. Dosłownie ręce opadają. Jestem bardzo ciekawa, czy panów, po obejrzeniu dokumentu, stać było na odrobinę autokrytyki. Choć prawdopodobnie i oni, i wszyscy, którzy z założonymi rękami przyglądali się przegranej walce Amy z nałogami, często publicznie ją wyśmiewając, nie mają sobie nadal nic do zarzucenia.

2 thoughts on “Amy

  • Wrzesień 22, 2015 at 11:57 pm
    Permalink

    „Zakładniczka wielkiego daru, głosu który dostała od natury i wspaniałego jazzowego gustu muzycznego, nie została jednocześnie wyposażona w osobowość.” – w tym miejscu można w zasadzie zakończyć zdanie. W żadnym wypadku nie wydała mi się ona postacią złożoną, niestety. Film tak nudny jak jego bohaterka. Zdumiewające biorąc pod uwagę tryb życia i okoliczności śmierci. Świetny głos dziewczyny z sąsiedztwa (mój kolega użył określenia „londyńskaj lambadziara”) jakich wiele (i teksty z gatunku „zakochałam się”, „rzucił mnie”, „smutno mi”) w rękach domorosłych biznesmenów.

    Ja takie miałem mniej więcej wrażenie po obejrzeniu filmu.

    Reply
    • Wrzesień 23, 2015 at 9:18 am
      Permalink

      Ja nie nudziłam się nawet przez moment. Uchroniło mnie przed znużeniem wiszące nad każdą sceną poczucie nadchodzącej katastrofy oraz perfidia mediów. Byłam też zszokowana tym ile prywatności piosenkarki nam sprzedano. No i oczywiście co kilka minut tatuś i Blake skutecznie podnosili mi ciśnienie:)

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *