Teoria wszystkiego

Po ostatnim odcinku The Big Bang Theory (tym, w którym pojawił się Hawking osobiście) nie mogłam nie obejrzeć wreszcie Teorii wszystkiego. Przyznam, że liczyłam na więcej, zwłaszcza że moją ciekawość podsycił artykuł o tym jak to mogło być naprawdę. Spodziewałam się zobaczyć złożony portret człowieka, który był nie tylko bardzo chorym geniuszem fizyki, ale też domowym tyranem czy erotomanem. Zamiast tego otrzymałam pastelową laurkę, w której jak dla mnie nie ma żadnego dramatyzmu. No, ale tak to chyba musiało wyglądać, skoro film nakręcono na podstawie wspomnień pierwszej żony naukowca, a oboje wciąż żyją. Okrucieństwem stałoby się pokazywanie wad charakteru heroicznych małżonków, nad losem których i tak zawisła ciężka choroba.

Taka sympatyczna para

Film w sumie bardzo niewiele mówi nam o samej pracy Hawkinga (Eddie Redmayne), a więcej o życiu uczuciowym i to nie jego, a jego żony Jane (Felicity Jones). Para poznała się na studiach, gdy młody doktorant był jeszcze w pełni zdrowy. Dobrali się tak dobrze, jak tylko naukowiec z humanistką dobrać się potrafią i nawet straszna wiadomość o zapadnięciu Hawkinga na stwardnienie zanikowe boczne nie była w stanie ich rozdzielić. Choć mężczyzna usłyszał od lekarzy prognozę najwyżej dwóch lat życia przed sobą, dzielna i zakochana Jane i tak mu się oświadczyła. Po ślubie mijają lata, przybywa dzieci, a Hawking dalej żyje, choć zanikające mięśnie sprowadzają jego stan do fizycznej wegetacji. Na szczęście dla nauki, umysł ma on bardzo sprawny, nie ima się go żadne przygnębienie, czy depresja, dzięki czemu może wydawać kolejne wiekopomne dzieła.

O życiu wewnętrznym kosmologa nie dowiadujemy się praktycznie niczego. Jego twarz oglądamy najczęściej wyszczerzoną w uśmiechu i nie wiadomo czy przypisywać ten wyraz chorobie atakującej mięśnie mimiczne, czy specyficznej pogodzie ducha i poczuciu humoru. Wnioskując po jego ironicznych odzywkach, stawiałabym jednak na to drugie. Trochę szkoda, że scen ich rozmów (żona rozumie każdy pomruk czy chrząknięcie) nie było więcej, dzięki czemu widz miałby szansę dotrzeć do tego, kim tak naprawdę był i jest Steven Hawking.

Eddie Redmayne	i Felicity Jones

Dobre aktorstwo w przeciętnym filmie

Może transformacja Eddiego Redmayne’a nie zachwyciła mnie jakość szczególnie, ale doceniam duży wysiłek w oddaniu fizycznego stanu osoby chorej na zanik mięśni. Swoją drogą w Nie jesteś sobą czy Chce się żyć widzieliśmy występy na tym samym, jeśli nie wyższym poziomie, więc nie ma co się aż tak zachwycać aktorskim kunsztem młodego brytyjskiego aktora. Muszę jednak przyznać, że podoba mi się to, co zobaczyliśmy w finałowej scenie chwilowego przepotwarzenia. Widać w niej było, że artysta polegał głównie na swojej cielesności a nie tonach makijażu czy peruk. Nadal jednak mam jakiś opór przed nagradzaniem aktorów tylko za to, że udało im się oddać podobieństwo do kogoś innego. Podobieństwo może i było, ale emocji z nim związanych nie za wiele. Już ciekawiej wypada Felicity Jones, której twarz znakomicie pokazuje wszystkie złożone emocje (choć w szczątkowej, przewidzianej przez scenariusz liczbie), jakie towarzyszyć mogły Jane w latach, które spędziła u boku wielkiego naukowca (głównie wycierając go, podnosząc, ubierając i wykonując inne czynności pielęgnacyjne).

Już bym chciała napisać, że Teoria wszystkiego to typowy, do bólu stereotypowy film o chorej osobie, ale jednak nie jest to nie do końca prawda, ponieważ nawet w najzwyklejszych obyczajowych Okruchach życia (czy jak się ta seria teraz nazywa) jest zazwyczaj więcej napięcia i dramatu niż tu. Od momentu ślubu właściwie wszystko naszym bohaterom idzie gładko, a sam Hawking, mimo pogarszającego się staniu zdrowia, nie traci prawie nigdy dobrego humoru. Żadnej depresji, kryzysu, psioczenia (jakże słusznego) na swój los. Normalnie człowiek z marmuru na tym wózku jeździ, nie zwykły śmiertelnik, który czasem by palnął coś złośliwego żonie lub raz nie napisał pracy na czas. A tu nie. Pogoda ducha od początku do końca, tłumaczona banalnym ,,Gdzie jest życia, tam jest nadzieja”. To dobre na koszulki, ale nie żeby cały film tym sprzedać. Zadziwiło mnie także, że właściwie nigdy nie widzimy naukowca przy pracy. Przyszły profesor i ogólnoświatowa wizytówka badań nad przestrzenią kosmiczną, nie czyta książek ze swojej dziedziny, jakoś nie musi poszerzać swojej wiedzy i nie uraczymy też twórczych momentów zapisywania jego pomysłów (przez żonę? asystenta? pielęgniarkę?). O samej fizyce, poza ogólnikami, też niewiele. No Piękny umysł to to nie jest.

Oprócz dziwacznie spokojnego Hawkinga, reszta jest rzeczywiście stereotypowa oraz mało obiektywna (w końcu to na podstawie historii jednej strony). Nawet postaci kochanków są typowe. Druga żona fizyka, grana przez Maxine Peake Elaine Mason, od początku sprawia wrażenie podstępnego, oślizgłego, podstarzałego sex kociaka, którego widz może znienawidzić. Natomiast kochanek Jane, to miły, spokojny, szlachetny i cukierkowo dobry dla niej i całej rodziny, nie wyłączając męża, mężczyzna. Nie bez powodu Jonathana gra posiadający najsympatyczniejszą twarz na świecie Charlie Cox.

Przeciwności zarysowane są tu dość schematycznie, a miłość i rodzina to wartości nadrzędne, dające geniuszom siłę do wydawania na świat płodów swego wielkiego umysłu. Jestem przekonana, że po śmierci, (ze względu na Sheldona Coopera oby jak najpóźniejszej) wielkiego Hawkinga, powstanie o nim zupełnie inne dzieło filmowe, wyciągające na jaw mroczne kulisy powstania Krótkiej historii czasu.

A swoją drogą jestem ciekawa, czy was też zainteresował lub zirytował fakt, że film w żaden sposób nie wyjaśnia, jakim cudem z prognozowanych dwóch lat życie naukowca wydłużyło się do kilku dekad? To należałoby chyba wyjaśnić w pierwszej kolejności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *