Interstellar

Jak ktoś chce się czepić, to się czepi. Ja też mogłabym ponarzekać na wiele rzeczy w tym filmie, jak się zapewne domyślacie, byłby to głównie udział Matthew McConaughey, wcielającego się w rolę ratującego świat pilota statku kosmicznego. Nie będę jednak aż taką marudą, która doszukuje się w naprawdę dobrym filmie dziur na siłę. Interstellar może i składa się klisz i schematów, może i naprawdę większość kwestii to banały godne Coelho, ale trudno zaprzeczyć, że film jest wciągający, wyczerpujący emocjonalnie i daje do myślenia (choć zapewne wynikiem rozmyślań widzów po seansie jest pojawiający się po dwóch nieprzespanych nocach wniosek, że to się wszystko kupy nie trzyma). Jeśli podobała się wam Incepcja, to tym filmem Nolana będziecie zachwyceni.

Podróż do odległej galaktyki

Interstellar to połączenie sci-fi z kinem familijnym i wykładem filozoficznym. Akcja toczy się niespiesznie, mamy dużo czasu na poznanie głównego bohatera Coopera (McConaughey), żyjącego w nie tak odległej przyszłości. Jak można się domyślać, nasza biedna planeta nie ma się za dobrze. Wyniszczony ekosystem atakuje ludzi kolejnymi burzami pyłowymi, a na jałowych polach daje się uprawiać już tylko kukurydzę. Cooper, który dawniej był pilotem i inżynierem, teraz zajmuje się uprawą roli, podobnie jak większość otaczających go ludzi, próbujących przetrwać i dbać o rodziny w bardzo niesprzyjającym klimacie. Poza problemami rolniczymi, szczególnie wyeksponowany jest wątek rodzinny, a konkretnie związek Coopera z jego dziesięcioletnią córką Murphy. Dziewczynka jest ciekawym świata bystrym stworzeniem, które, podobnie jak tatuś, przejawia talent inżynieryjny. To odkryte w jej pokoju tajemnicze ślady, kierują tę dwójkę do tajnej stacji NASA i powodują cały ciąg zdarzeń, prowadzących do wylotu Coopera w kosmos w celu poszukiwania nowej planety, na której mógłby przetrwać gatunek ludzki. Rozstanie z rodziną (oprócz córki jest także syn i całkiem sympatyczny teść, którego gra John Lithgow) jest dla widzów tak samo frapujące jak kosmiczne podboje. Z czasem dociera do nas, że ten film wcale nie jest kolejnym kosmicznym sci-fi, podobnym do wielu innych poprzedników z Odyseją kosmiczną na czele, ale traktatem o człowieczeństwie, miłości, samotności i odchodzeniu w niebyt. To dziwne, ale naprawdę nie spodziewałam się, że Interstellar tak na mnie podziała, ale zapewniam, że kilka razy byłam bliska łez z tej całej ostateczności i podniosłości. To film bardzo ckliwy i emocjonalny, którego nie chciałabym oglądać jeszcze raz, ponieważ wymaga dużego emocjonalnego wkładu. No chyba, że do kina idzie na niego ktoś, kto uważa się za konesera sci-fi i ma za zadanie wyłapywać jak najwięcej logicznych sprzeczności. Tak, taki ktoś też bezie miał świetną zabawę w czasie seansu.

Matthew McConaughey

Długa lekcja fizyki

Nie zabrzmi to oryginalnie, ale czasem lubię, gdy film wprawia w ruch moje szare komórki. Oglądając Interstellar neurony nie tylko się poruszają, ale wręcz tańczą. Próbujemy zrozumieć dynamikę rodzinnych relacji Coopera, ukazanych na przestrzeni dekad, problemy rodzące się między nim a jego kosmiczną partnerką dr Brand (Anne Hathaway), realia życia na innych planetach, zmieniające ludzi bezpowrotnie, ale przede wszystkim trzeba nam rozgryźć te wszystkie matematyczno-fizyczne teorie, które obficie płyną z ekranu. Jako osoba, która otrzymała w tym zakresie bardzo ubogą edukację, porażona dyskalkulią i technologicznie upośledzona, miałam naprawdę twardy orzech do zgryzienia. Względność czasu, czarne dziury, portale międzygalaktyczne, dziwne struny rzeczywistości i międzyplanetarna komunikacja układają się tu w skomplikowany wzór, który prawdopodobnie przez brak pokrycia z rzeczywistością staje się dla nas bełkotliwie nieczytelny, ale to wcale nie znaczy, że nie mamy przyjemności z jego podziwiania. Zresztą, jak ktoś chce prawdziwych faktów z dziedziny fizyki, to niech raczej znajdzie film dokumentalny. Podstawą do dobrego przeżycia Interstellar jest traktowanie tego obrazu jako pewnej metafory i tyle.

Nowy film Christophera Nolana to także wielka przyjemność estetyczna. Mnie osobiście podobało się bardziej niż Grawitacja, która przyprawiła mnie o kilka napadów agorafobii. Gorzej jest już z samym aktorstwem. McConaughey miota się jak zawsze i niezmiennie ma w sobie coś śliskiego i nieprzyjemnego, przez co patrzy się na niego z bólem. Michael Caine jest już trochę śmieszny, z tym swoim mentorskim nieomylnym tonem. No i Ania Hathaway! Może to tylko moje subiektywne odczucie, ale miałam wrażenie, że w monolog o pokonującej czas i przestrzeń sile miłości, wczuwa się niepotrzebnie tak, jakby sądziła, że jest to występ tej samej klasy co piosenka z Nędzników. Może ktoś już jej coś szepnął o kolejnym Oscarze.

Anne Hathaway

Mnie Interstellar poruszył na takim podstawowym, czysto ludzkim poziomie. Podobały mi się szczególnie słowa cytowane przez Branda, pochodzące z wiersza Dylana Thomasa. Niewchodzenie łagodnie do dobrej nocy ma moc oddziaływania równie wielką, co wszystkie pokazane w filmie efekty specjalne.

Naprawdę trafia do mnie to, w jaki sposób Nolan unaocznia w swych filmach pewne zjawiska. Jest to dokładnie moja skala odczuwania i rozumienia wielu spraw. Gdybym jednak miała być do końca sobą, napisałabym jeszcze wiele o tym, że chętnie następnym razem obejrzałabym film o tym, jak ludzkość niszcząca od wieków swoją planetę, nie dostaje drugiej szansy, a swoje ostatnie dni spędza rozpamiętując błędy niedbałych ekologicznie przodków.

One thought on “Interstellar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *