Kameralnie, niezwyczajnie, nudno

No cóż, powiem może tak: nie każdy aktor to Tom Hardy czy Ethan Hawke, a nie każda kameralna produkcja musi być zaraz Locke’em czy Przed wschodem słońca. Oczywiście dobrze jest trafić na wartościowy film z nieliczną obsadą, zrobiony często za niewielkie pieniądze (gaży aktorów nie licząc) i z ciekawym pomysłem zamiast efektów specjalnych. Wtedy można się zachwycić tak jak ja Rzezią Polańskiego. Jednak film ze szczuplutką obsadą to także często gotowy przepis na prawdziwy koszmarek. Gdy aktorzy działają nam na nerwy, dialogi są płytkie, akcja nielogiczna, a otoczenie szybko się nudzi, atmosfera robi się klaustrofobiczna i jak nigdy cieszymy się gdy pojawiają się napisy końcowe. Niestety właśnie tego doznałam ostatnio i to aż dwa razy. Ostrzegam, żebyście nie popełnili mojego błędu i nie wahali się wyjść z kina czy wyłączyć nagrania, gdy widzicie, że to do niczego nie prowadzi.

Pieśń słonia

Nie będę ukrywać, że nie jestem wielką fanką reżyserskich dokonań Xaviera Dolana, ale w tym filmie tylko gra, więc postanowiłam podejść do seansu bez uprzedzeń. Niestety, skończyłam z poczuciem kompletnej straty czasy, bezpowrotnej utraty dwóch cennych godzin. Nienawidzę tego uczucia.

Pieśń słonia

Akcja tego kanadyjskiego dramatu rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym. Niespodziewanie jeden z lekarzy znika po sesji ze swoim pacjentem Michalem Aleen (Dolan). Kierujący placówką dr Green (Bruce Greenwood) postanawia osobiście przesłuchać chłopaka i wyjaśnić dlaczego jego lekarz nie zgłosił się rano do pracy. Głównym miejscem akcji staje się gabinet lekarski, a my zamknięci w tym mikrokosmosie, jesteśmy zdani tylko na towarzystwo zgorzkniałego i zmęczonego życiem psychiatry, wyrachowanego nastoletniego matkobójcy i zaglądającej do nich co jakiś czas pielęgniarki, siostry Peterson (Catherine Keener). Psychiatra próbuje wyciągnąć od chłopaka szczątki prawdy na temat wydarzeń z poprzedniego wieczoru, ale ten jest twardym przeciwnikiem. Michael prowadzi z lekarzem podstępną grę, opowiadając jednocześnie o swojej relacji z terapeutą, o przyczynach swojej choroby, a także (zadziwiająco wiele) o słoniach, którymi się fascynuje. Może i dałoby się z tego zrobić dobry film, gdyby postać grana przez Dolana już na samym początku tak nie szarżowała. Michale wije się w zeznaniach niczym wściekły wąż, prowadzi podstępne gierki i perfidnie kłamie. Przez to wszystko już po pół godzinie nie wierzymy w żadne jego słowo, nieszczególnie nas obchodzi co się stało z jego lekarzem i mocno kibicujemy skapciałemu Greenowi, który policzkuje pacjenta, by zrobił to znowu. Jak dla mnie Dolan jest aktorem zupełnie pozbawionym uroku czy talentu. Za bardzo się stara pokazać, że jest taki jak jego postać. Odniosłam wrażenie, że Michael to śliski, wkurzający, irytujący typ, a grający go aktor ma przesadną mimikę i twarz do złudzenia przypominającą takich aktorów jak Bobby Cannavale czy Oscar Isaac, których (za ich lepkość i śliskość obycia) też nie trawię.

Z for Zachariah

Już to, że z opis wieszczy nam kolejną fabułę o postapokaliptycznym świecie, w którym ocalała jedynie garstka ludzi, każe być widzowi bardzo podejrzliwym. Czy wy także macie wrażenie, że dwie trzecie obecnie kręconych filmów i seriali toczy się w nieodległej przyszłości po armagedonie? Zatem mamy niemal całkowite skażenie radioaktywne ziemi i jedną ocalałą dolinę, w której ze względu na specyficzne warunki geologiczne, życie ludzi nie jest zagrożone. W dolince mieszka sobie urocza Ann (Margot Robbie), której dni wypełnia uprawa roli i polowanie z psem. Pewnego dnia Ann spotyka przestraszonego nieznajomego, Johna Loomisa (Chiwetel Ejiofor), który wkrótce z nią zamieszkuje i pomaga w pracach gospodarskich oraz w przygotowaniach do nadchodzącej zimy (trudno funkcjonować bez benzyny i elektryczności). Ocalali z apokalipsy żyją sobie spokojnie niczym Adam i Ewa w raju (tyle że pewnie nawet biblijni prarodzice byli bardziej rozmowni), aż do przybycia tajemniczego nieznajomego. Caleb (Chris Pine) podobnie jak Loomis ocalał przed skażeniem pod ziemią. Razem ci bohaterowie tworzą osobliwy trójkąt, pokazujący nam, że wszędzie tam gdzie są ludzie, jest też niezliczona możliwość komplikacji emocjonalnych.

Pomimo bardzo ciekawego pomysłu na pokazanie postapokaliptycznych Robinsonów, film jest nudny jak flaki z olejem. Nie ma tu jak dla mnie absolutnie żadnego napięcia pomiędzy bohaterami. W dodatku to jedna z tych historii, w której akcja jakoś nie może ruszyć, ciągle się coś szykuje i szykuje, a gdy już myślicie, że wreszcie będzie ciekawie, film się kończy. Ten seans nic mi nie dał poza chwilową radością z patrzenia na fajnego psa oraz na odmienioną Margot Robbie, która dla odmiany wygląda jak człowiek, a nie seks zabawka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *