Westworld (1973 i 2016)

Serial Westworld na początku nie robił na mnie wielkiego wrażenia. Ciężko mi się wchodziło w tę opowieść, prawdopodobnie dlatego, że dużo ostatnio mamy produkcji w tym klimacie z Ex Machina, Automata i Morgan na czele. Zastanawianie się nad istotną naszego człowieczeństwa, źródłem duszy i zasadnością rozróżnienia pomiędzy inteligencję prawdziwą i sztuczną, zdaje się być jednym z objawów ludzkości w kryzysie, bądź na progu czegoś zupełnie nowego. Nie wydawało mi się by kolejna wysokobudżetowa amerykańska produkcja serialowa miała coś ciekawego w tym względzie do powiedzenia, a jednak. Po lekkiej nudzie pierwszych trzech odcinków, na ekranie zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe, a wypowiedzi niektórych postaci niepokojąca zdają się przypominać filozofowanie całkiem na poważnie. Możliwe też, że nie zaprzestałam oglądania dlatego, że w odpowiednim czasie obejrzałam wersję filmową tej historii. Zasiadłam ironicznie i trochę dla śmiechu, a jednak na koniec musiałam przyznać, że ta opowieść ma wielki potencjał, który po latach w serial został fantastycznie wykorzystany. Zapewniam, że naprawdę docenicie to co dostaliście w tym roku, choćby przez porównanie tego jak science-fiction wyglądało kilka dekad temu.

1973

Nie ma co ukrywać, jak wiele filmów z tamtej dekady, Westworld jest specyficzny i wymaga od dzisiejszego widza dość wyrozumiałego podejścia. Akcja filmu rozgrywa się w wielkim parku rozrywki o nazwie Delos, oferującym swoim klientom (za bardzo wysoką opłatą) przygodę w jednym z trzech wybranych rejonów tematycznych. Można udać się na Dziki Zachód i pobawić się w strzelaninę, ale można też zakosztować dworskiego życia w świecie średniowiecznym lub oddać się hedonistycznym przyjemnościom w drobiazgowo otworzonych realiach starożytnego Rzymu. Para naszych głównych bohaterów, Peter (Richard Benjamin) i John (James Brolin), wybierają pierwszy wariant. John jest bardziej doświadczony i na miejscu wprowadza kolegę w zasady gry. Główną atrakcją parku są nie tylko domy, ulice czy stroje z epoki, ale przede wszystkim roboty, których nie można wprost odróżnić od ludzi. Ich jedynym zadaniem jest uprzyjemnianie gościom pobytu, co często sprowadza się do tego, że androidy ucharakteryzowane na mężczyzn są przez ludzi zabijane, a kobiece maszyny wykorzystywane do celów seksualnych. Ciepłokriwści nie muszą się niczego obawiać, gdyż cała znajdująca się tu broń ma blokadę uniemożliwiającą strzelanie do ludzi, a same androidy, po naprawieniu ich w laboratorium, mają kasowaną pamięć i nie mogą żywić urazy do swoich morderców czy gwałcicieli (o ile można mówić o takich relacjach w odniesieniu do czynienia szkody materii nieożywionej). Niestety, podczas gdy nasi dwaj bohaterowie oddają się radosnym figlom i gdy reszta gości uczestniczy w rzymskich orgiach lub w dworskich ucztach, coś zaczyna się psuć w robotach. Nieoczekiwanie, przestają robić to, do czego zostały zaprogramowane i zaczynają się mścić, a ich zemsta jest krwawa i nieuchronna. Najciekawiej wygląda to w przypadku rewolwerowca (Yul Brynner), którego zabija John. Robot powraca i mści się okrutnie na swych wrogach.

Obejrzenie tego filmu było bardzo pouczającym doświadczeniem. Można się z niego na przykład dowiedzieć, jak w 1973 roku Amerykanie wyobrażali sobie nowoczesne laboratorium komputerowe, albo jak postrzegali potencjalne problemy związane z tym, że komputery budując roboty tworzą coś, co dla ludzi jest zagadką i czymś, nad czym nie mogą zapanować. Z wielu interesujących pomysłów zawartych w tym filmie, najbardziej podobały mi się chyba seny początkowe, pokazujące wywiady z zadowolonymi gośćmi, właśnie opuszczającymi park rozrywki Delos. Ich wypowiedzi to całe spektrum motywacji, dla których ludzie chcą przyjeżdżać w miejsca, w których, najkrócej rzecz ujmując, można pocudzołożyć i pomordować bez konsekwencji. Bardzo to ciekawe. Jest tu także coś dla fanów Terminatora (kolejny przykład zbuntowanego robota), którego twórcy musieli wzorować się na postaci rewolwerowca granego przez demonicznego Yula Brynnera. Pod koniec są nawet ujęcia z wypaloną twarzą i czerwonym okiem. Jeszcze tylko I’ll be back brakuje.

Uwaga, jest też druga część tego filmu (Futureworld), na której obejrzenie już się szykuję:)

2016

W tegorocznej produkcji mamy póki co tylko jedne świat, świat Dzikiego Zachodu, w którym robotyczni Indianie, szeryfowie, kowboje, złodzieje i prostytutki (wszyscy razem zwani hostami) są zabijani i wykorzystywani na setki różnych sposobów przez żadnych przygód ,,prawdziwych” ludzi z zewnętrznego świata. Ten park rozrywki powstał lata temu, a jego założycielami byli nieżyjący już Arnold i nadal urzędujący w parku Ford (Anthony Hopkins). Zagłębiamy się w kilka wątków jednocześnie, między innymi przyglądając się perypetiom związanym z rozgrywkami Forda z zarządem tego wielkiego przedsięwzięcia, problemy obsługi technicznej z coraz bardziej świadomymi robotami, które stają się inteligentniejsze i bardziej spragnione wolności i zemsty, a także śledzimy losy Bernarda (Jeffrey Wright), będącego łącznikiem między tymi dwoma poziomami i próbującego ze wszystkich sił zrozumieć co rodzi się w skomplikowanych zwojach kabli w głowach hostów. Równie dużo uwagi poświęca się tuta temu, co się dzieje w samym parku, a dzieje się sporo. Jeden z najstarszych robotów, Dolores (Evan Rachel Wood), poczciwa dziewczyna z farmerskiej rodziny, zaczyna mieć przebłyski ze swoich poprzednich żywotów, a w dodatku słyszy głos wzywający ją do odnalezienia tajemniczego miejsca, w którym nigdy nie była.

W Westworldzie pojawia się też nieznajomy w czerni (Ed Harris) z uporem maniaka mordujący hosty i szukający śladów czegoś, co nazywa labiryntem i co ma być wyższym poziomem gry, grą Arnolda. Do tego wszystkiego dochodzi wątek inteligentnej burdelmamy Maeve (Thandie Newton), która ma najwięcej samoświadomości i sprytu, i której najbardziej kibicuję w wyścigu do wolności i spełnienia. Bardzo to wszystko złożone i zawikłane, a widz musi cały czas mieć się na baczności by nie przegapić czegoś ważnego. A wszystko zaczyna się trochę jak film z 1973, czyli od przybycia dwóch zwykłych mężczyzn, Logana (Ben Barnes) i Williama (Jimmi Simpson), którzy chcieli się tylko trochę zabawić. Nim się chłopcy zorientują, park wyciągnie z nich istotę ich osobowości, wywlekając na światło dzienne to, co w nich najgorsze i najlepsze, bo najwyraźniej zabijanie lub uprawianie seksu z maszynami, które niczym nie różnią się od ludzi, właśnie to robi z człowiekiem.

Mam wrażenie, że z odcinka na odcinek nie tylko androidy stają się coraz sprytniejsze, ale także, że ich wypowiedzi, jak również wszystkie pozostałe dialogi, piszą coraz inteligentniejsi ludzie. Myślałby kto, że western science-fiction to nie jest dobry pomysł, że będzie tylko seks i strzelanie, ewentualnie sporo efektów specjalnych przy rabowaniu banków czy podróży pociągiem przez pustynię. To oczywiście jest, ale najciekawsze rzeczy dzieją się w Westworldzie w bardziej intymnych scenach. Chwile, w których na przykład William przełamuje opory by pocałować Dolores, choć wie, że to maszyna, lub gdy sprytna Maeve zadaje siebie pytania o to, czy jej ból jest mniej prawdziwy bo składa się ona z części wyprodukowanych w laboratorium, są naprawdę przejmujące. W końcu jak by nie było, wszystko co mamy w głowach, to jak odbieramy świat, to tylko seria interpretacji stworzonych na podstawie reakcji chemicznych i impulsów elektrycznych, więc czy pochodzenie kogoś, kto myśli i czuje, powinno mieć jakiekolwiek znaczenie?

Uważam Westworld za bardzo dobry serial również ze względu na to jak sprytnie rozgrywa się tu akcja na wielu poziomach. Wszystko wydaj mi się logicznie powiązane, nie ma typowego w tego rodzaju produkcjach mętniactwa, nie pogubimy się na fabularnych mieliznach. Oczywiście sama akcja i pełnokrwiści bohaterowie (choć czasem to krew prawdziwa, a czasem syntetyczna) to nie wszystko. Wspaniałym dodatkiem jak dla mnie jest tu na przykład muzyka, czyli współczesne rockowe hity zaaranżowane na rozklekotane pianinko w saloonie. Niby nic, a jednak zostaje w głowie. No i gdyby była w ogóle taka nagroda, to Westworld powinien dostać jakąś statuetkę za najgustowniej pokazaną nagość w serialu telewizyjnym. Golasy przewijają się tu praktycznie w każdej scenie, a jakoś nie jest to rażące, wulgarne czy kontrowersyjne (neutralny widok ludzkiej skóry i tyle). Jak dla mnie to efekt najbardziej specjalny ze wszystkich.

Cóż, pozostaje tylko mieć nadzieje, że w najbliższej przyszłości nikt nie wpadnie na pomysł zainspirowania się serialem i stworzenia właśnie takiego parku rozrywki, bo to byłby prawdziwy koniec człowieczeństwa.

One thought on “Westworld (1973 i 2016)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *