Andy Weir, Marsjanin

Sięgnęłam po Marsjanina z pewną taką nieśmiałością, pewna, że nie są to moje klimaty. Właściwie, gdyby nie zapowiedź adaptacji filmowej (reżyseruje Ridley Scott, a w roli głównej Matt Damon) darowałabym sobie lekturę, ale bardzo się cieszę, że tak się nie stało. Ludzie! Od lat się tak nie wciągnęłam w czytanie! Od Marsjanina nie sposób się oderwać. W dodatku nie tylko życie na Marsie jest tu atrakcją, ale i fantastyczna warstwa psychologiczna. Zżyłam się z głównym bohaterem, jakby był żywym człowiekiem i od pierwszej strony łapię się na tym, że ciągle myślę o tym, co by w danej sytuacji zrobił Mark Watney. Ten człowiek normalnie nie mógłby być bardziej sympatyczny, zaradny, pomysłowy, inteligentny czy zabawny. Dodatkowym plusem, przemawiającym za tym by jak najszybciej chwycić za książkę, jest fakt, że jej autor wcale nie jest zawodowym pisarzem, a programistą i fascynatem fizyki. Andy Weir, publikujący w odcinkach na swej stronie internetowej powieść, której nie chciał żaden wydawca, dziś cieszy się nie tylko bogactwem, ale i międzynarodową sławą.

Podbój kosmosu trwa

Akcja powieści toczy się w nieodległej przyszłości, w której możliwe są podróże na odległe planety. Sześciu uczestników wyprawy Ares 3, po setkach dni na pokładzie statku Hermes, dolatuje do Marsa, by spędzić na nim miesiąc intensywnych prac badawczych. Niestety, warunki klimatyczne zmuszają załogę do natychmiastowej ewakuacji, która udaje się jedynie pięciu astronautom. Mark Watney zostaje zraniony anteną, jego skafander wysyła sygnał o braku życiowych parametrów, co powoduje szybki odlot ekipy, która (trzeba to przyznać) z bólem serca porzuca zmarłego przyjaciela. Podczas gdy Hermes wraca na Ziemię, wbrew wszelkim przewidywaniom, Watney okazuje się całkiem żywym pechowcem, który został przypadkiem porzucony na Marsie. Rana zdaje się niegroźna, a tymczasowe przetrwanie zapewnia pozostawiona stacja badawcza, czyli wielki biały namiot ze sprzętem podtrzymującym życie. Każdy inny człowiek załamałby się mimo tego, gdyż zapasy żywności starczą zaledwie na kilkaset dni, a kolejna misja na Marsa jest za cztery lata. Do tego niesprzyjająca marsjańska aura i zupełny brak łączności z Ziemią. Na szczęście, Mark Watney to typowy amerykański chłopak, który wierzy w siłę pozytywnego myślenia i walkę aż do samego końca. Nie powiem, sprawę znacznie ułatwia fakt, że nasz dzielny kosmiczny kowboj jest jednocześnie inżynierem i botanikiem. Jeśli mielibyście utknąć na bezludnej wyspie, w środku strefy wojennej, na pustyni, czy na obcej planecie jak w tym przypadku, to właśnie jego chcielibyście mieć u swego boku.

Marsjański Robinson

Najwięcej emocji budzą robinsonowe akcje Marka, który z wielką determinacją bierze się do wyhodowania sobie jedzenia zanim skończą się zapasy. Nie chcę nikomu psuć niespodzianki, ale spory udział w tym mają ziemniaki i ludzkie odchody :). Oczywiście, gdy nasz farmer akurat nie produkuje życiodajnych kalorii, zajmują go prace inżynieryjne, czyli robótki ręczne wokół ekstremalnie drogiego sprzętu wyprodukowanego przez NASA. Zapewniam was, że czytając fragmenty o glebie, świetle, różnego rodzaju uzdatniaczach, generatorach, rurkach i taśmie klejącej (też uważam, że taśma klejąca to największy wynalazek ludzkości) czułam się jak dziecko czytające po raz pierwszy o przygodach Robinsona Crusoe. Tak jak mieszkaniec bezludnej wyspy, Mark zmuszony jest do tego by jedynie siłą swojego umysłu i rąk, zapewnić sobie przetrwanie w ekstremalnie trudnych warunkach oraz bezpieczny powrót do domu. Ten facet jest niesamowity! Prawdziwa ostoja spokoju i równowagi psychicznej. Zawsze znajdzie racjonalne rozwiązanie, wyjście z nawet tak ekstremalnej sytuacji jak wybuch bazy czy marsjańska burza piaskowa. W dodatku, czytając jego notatki, ma się wrażenie, że każdy z nas, o ile by musiał, także by sobie poradził. Ta samowystarczalność, czerpanie siły z wnętrza umysłu, ta wiara w logiczne wyjaśnienia, to w nich kryje się prawdziwa siła tej opowieści. W dodatku, jak zwykle przy opowieściach o rozbitkach, otrzymujemy uniwersalną opowieść o narodzinach i rozwoju ludzkiej cywilizacji. Jeśli zastanawiacie się ile tak naprawdę potrzebuje ciało by przetrwać, a ile nasz umysł by nie zwariować, z pewnością tutaj otrzymacie bardzo konkretne odpowiedzi na te pytania.

Ocena psychologiczna członków misji Ares 3.

Alternatywa dla szkolnej lektury

Dziś niestety (a wiem to z nauczycielskiego doświadczenia) bardzo trudno jest nakłonić młodych ludzi do czytania Robinsona Crusoe. Gdyby jednak do wyboru mieli wersję marsjańską, w dodatku napisaną przez programistę komputerowego, pedagodzy mieliby znacznie łatwiejsze zadanie. W dodatku nie tylko poloniści, ale i biolodzy, geografowie, fizycy czy chemicy byliby zadowoleni, nie wspominając już o profitach z bezcennej wiedzy dla samych uczniów. Większość bowiem tego tekstu pisana jest w formie pierwszoosobowego dziennika Watneya, który opisuje głównie techniczne szczegóły tego jak doszedł do kolejnych ulepszeń i wynalazków zapewniających mu przeżycie. I choć specjaliści mogą kręcić nosem na nieścisłości, jak dla mnie jest to bardzo konkretna i ścisłą wiedza, z gatunku tych, które nawet wbrew woli czytelnika, podwyższają jego współczynnik inteligencji. Zapewniam, że gdybym miała dziecko w gimnazjum, to właśnie Marsjanina czytałoby w te wakacje.

Mniej niż relacje Marka-Marsjanina, ciekawiły mnie równoległe doniesienia z Ziemi, czyli wszystkie te komplikacje finansowo-techniczne związane z gorączkowymi poczynaniami NASA, ale muszę przyznać, że dzięki nim fabuła jest jeszcze bardziej wciągająca i emocjonująca, choć jednocześnie bardzo amerykańska (ale w tym negatywnym sensie).

No i jest coś jeszcze w tej książce, co sprawia, że nie można się od niej oderwać. Jest to skala, jaką nadaje ona wydarzeniom. Po lekturze prawdopodobnie wszystko co was martwi lub smuci, wyda się wam nieistotną drobnostką. Zawsze (no może nie w przypadkach śmiertelnych chorób) można przecież powiedzieć, że Marsjanin miał gorzej, a sobie poradził. To naprawdę daje do myślenia, a dla małych triumfów Marka Watneya warto się przebić nawet przez najbardziej mętny naukowy fragment, przez który prawdopodobnie będzie wam się śnił w nocy wasz pan od fizyki z podstawówki.

Czekając na film warto zajrzeć na stronę poświęconą Marsjaninowi, na której można między innymi zapoznać się ze szczegółami podróży naszego bohatera (marsjańska mapa).

A na koniec tylko pytanie, czy wam także, przez udział Matta Damona (świetny wybór) i Jessiki Chastain, wydaje się, że film będzie ciekawym uzupełnieniem Interstellara?

One thought on “Andy Weir, Marsjanin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *