Dolina Krzemowa (Silicon Valley)

Zasiadając do pierwszych odcinków Doliny Krzemowej liczyłam na sporą dawkę pociesznego i inteligentnego humoru na jaki w swej odmienności potrafią się zdobyć tylko informatycy. Niestety perypetie życiowe i zawodowe początkujących rekinów branży IT z Palo Alto zamiast śmieszyć tylko przygnębiają, choć ani inteligencji ani błyskotliwych kwestii tu nie brakuje. Wszystko jest jednak takie dołujące, ciężkie, depresyjne i momentami wręcz tragiczne. W sumie to jakie miało być? Wszak to opowieść o przerysowanych, stereotypowych kujonach, którzy deficyty fizyczne i emocjonalne starają się sobie wynagrodzić oszałamiającym sukcesem zawodowym, który (jak to czują, bo duch czasów sprzyja) jest tuż za rogiem. Komputery są ich przepustką do lepszego życia, wirtualny świat ich rodziną, a blask ekranu zastępuje im światło słoneczne. No i jakim cudem serial o tych nieszczęsnych bladziochach miałby być komedią? To mogło się udać tylko raz i nazywało się Teoria Wielkiego Podrywu.

Dolina Krzemowa, gdyby była lepiej, lżej napisana, mogłaby uchodzić właściwie za całkiem udany miks Stażystów (tych z Owenem Wilsonem), Jobsa, Big Banga i Piratów z Doliny Krzemowej. Poznajemy oto uroczo zagubionego i nieśmiałego programistę Richarda (Thomas Middleditch) zamieszkującego wraz z przyjaciółmi w domu-inkubatorze przedsiębiorczości, jakich zdaje się jest całkiem sporo w okolicach Palo Alto. Nasz bohater pracuje w dużej internetowej korporacji do złudzenia przypominającej Google, w której jest tylko małym, niewiele znaczącym trybikiem. Tak jest do czasu, gdy sam nieświadomy swego geniuszu, wynajduje cudowną aplikację, o którą zaczynają walczyć szefowie wielkich koncernów z branży IT. Dzielny chłopiec musi zdecydować, czy, jak wielu innych, po prosu sprzeda swoje dziecko za grube miliony, czy też pozwoli mu się dalej rozwijać pod czujną ojcowską opieką (zazdroszczę dylematu).

Główną atrakcją serialu miały być zapewne żarciki zanurzone w technologicznym kontekście i to jest w sumie najsmutniejsze. Oczami wyobraźni już widzę klony bohaterów Doliny Krzemowej, które siedzą przed ekranami swoich komputerów (bo przecież nie TV) i rechoczą patrząc na samych siebie w błogim przekonaniu, że są tacy fajni i spoko, bo zrobili o nich kolejny serial. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że naprawdę są spoko i fajni według współczesnych standardów. To w końcu piraci z Doliny zarabiają teraz najwięcej, więc według ewolucyjnych standardów są na szczycie drabiny społecznej.

Poza informatycznymi sucharami, uwagę zwraca także wizerunek szefów całego krzemowego grajdołka, którzy specjalnie są przedstawieni jako karykatura tych naprawdę istniejących i na TEDzie się udzielających panów (tak tych, którzy natchnionymi gadkami o celu w życiu i wierze we własny potencjał tudzież filozofię Wschodu próbują uzasadnić swoje absurdalnie wielkie zarobki). Ci panowie mnie osobiście bardziej przerażają niż śmieszą, ale może jako osoba technologicznie upośledzona nie dostrzegam gdzieś subtelnych niuansów i ironii.

Już czuję, że raczej nie zaprzyjaźnię się z Doliną Krzemową na dłużej i to wcale nie dlatego, że informatycy mnie nudzą (w końcu mieszkam z jednym takim przyklejonym do laptopo). Bardziej przeszkadza mi to, że jak wiele innych seriali, i ten dryfuje w kierunku obyczajowo-uczuciowych mielizn. Główny temat schodzi na plan dalszy i zaraz (właściwie w każdej scenie) dochodzi do typowych dialogów, jakie mogliby prowadzić ze sobą wszyscy inni wyobcowani i niedostosowani nastolatkowie, szukający dla siebie jakiejś bezpiecznej alternatywy. Zaraz jest bredzenie o akceptacji, odwadze, determinacji w dążeniu do celu i oczywiście o spełnianiu swojego american dream. Już to widzieliśmy, wiele, wiele razy.

6 thoughts on “Dolina Krzemowa (Silicon Valley)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *