Jobs

Nie znam chyba nikogo kogo mniej ode mnie obchodzą wszelki nowinki technologiczne. Telefon i komputer to tylko przydatne przedmioty, które eksploatuję przez wiele lat póki nie wyzioną ducha, a ładnie zaprojektowane zabawki z nadgryzionym jabłuszkiem widziałam tylko z daleka u innych dzieci. Sam Jobs był do niedawna dla mnie tylko poważnym starszym panem w skromnym golfie, wygłaszającym natchnione przemówienia z okazji wypuszczenia na rynek kolejnego ,,przełomowego” produktu. Po co więc w ogóle taka ignorantka jak ja pospieszyła na biografię pana od jabłuszka do kina w dniu premiery? Przede wszystkim doceniam dobre opowieści pokazujące spełnianie się amerykańskiego snu o tym, że wszystko jest możliwe jeżeli się w to naprawdę wierzy (uważam, że są bardzo pokrzepiające i motywujące). Po drugie, choć to nieco makabryczne, dzięki Steve’owi Jobsowi przestałam być weganką żywiącą się głównie owocami, ponieważ przeczytałam jak to Ashton Kutcher przygotowując się do roli też (tak jak Jobs) stał się frutarianinem, co skończyło się bólem trzustki i wizytą w szpitalu (ja swój ból znosiłam dzielnie przez wiele miesięcy myśląc, że to normalne). Takie zatem miałam motywy zainteresowania się postacią wielkiego technologicznego i marketingowego wizjonera.

No dobra, jest jeszcze coś. Musiałam koniecznie przekonać się jak dokładnie zaprogramowana jest psychologiczna manipulacja z ekranem z jabłuszkiem, jakiej ulegałam oglądając Seks w wielkim mieście. Z filmu akurat się konkretnie tego nie dowiedziałam, ale za to już wiem, że od początku Jobsowi zależało na tym, by jego produkty uchodziły za tak samo ładne co przydatne, a nawet zmysłowe (w końcu łączą nas z innymi ludźmi). Biografia Jobsa jest tak naprawdę w pierwszej kolejności historią powstanią kultowego produktu, a dopiero w drugiej opowieścią o przełomowych wydarzeniach w życiu samego założyciela Apple Computers, które doprowadziły go na sam szczyt. Więcej mamy zatem projektowych szczegółów i chwytów marketingowych niż na przykład wątków romansowych czy sensacyjnych (jedynym autentycznym wyznaniem miłosnym w tym filmie jest chyba tylko to, co mówi Wozniak na odchodnym, dziwne).

A jaki jest sam Jobs w zagrany przez Ashtona Kutchera i wyreżyserowany przez Joshue Michaela Sterna? Cóż, normalnym ludziom pewno się nie spodoba, ale ja uważam, ze jest fantastyczny. Taki właśnie powinien być każdy, kto ma wielką wizję i jasno określony cel w życiu. Nieustępliwy, antypatyczny pracoholik z ogromnym ego i mikroskopijną empatią. Wspaniały! Normalnie jakbym patrzyła na męska wersję Anny Wintour. Nie tylko sama postać, ale też Ashton Kutcher jest w Jobsie ujmujący. Aktor postawił na maksymalne upodobnienie się do granej postaci i podejrzewam, że udało mu się to aż za bardzo (odtworzenie wielbłądziego kroku Jobsa wypada wręcz karykaturalnie, ale to też świetnie skoro cała postać była taka radykalna i przesadzona). Po raz pierwszy młody aktor wykonał dobrą robotę, tzn. wyjątkowo nie wyglądał na naćpanego nastolatka, zapewne dlatego, że wcielał się w postać o dość ograniczonych emocjach i, co za tym idzie, także o bardzo ograniczonej ekspresji uczuć (niewiele do pokazania, więc niewiele do zepsucia).

Choć film nie wywołał u mnie chęci zdobycia jakiegokolwiek gadżetu z ,,i” w nazwie (muzyki nie słucham, a komputer jest tylko maszyną do pisania), to dzięki niemu znalazłam nowego osobistego bohatera i już nie mogę się doczekać kiedy się dorwę do wersji książkowej tej opowieści. Jobs poświęcający najbliższych przyjaciół (praktyczny), oddający pracy większość swojego czasu (zdeterminowany) i poświęcający kolejne bliskie relacje, także z kobietami (świadom wartości swojej osoby i wizji) to prawdziwy heros naszych czasów. Kiedyś czciliśmy osiłków i wojowników, ale czasy się zmieniły i teraz genialni projektanci i inżynierowie są na szczycie drabiny społecznej. Dlatego też do filmu o Jobsie i jego wesołej kompanii przyjaciół, radzę podejść trochę jak do historii super herosów.

Wypadałoby napisać jeszcze coś o minusach produkcji, ale jest ich naprawdę niewiele. Podobnie jak w większości tego typu filmów (od zera do milionera) jest tu wiele niezgrabnych skrótów. Często ważne okresy w życiu postaci są montażami pourywanych symbolicznych scen z muzyką w tle, a najbardziej przełomowe momenty poznajemy po poważnej tonacji skrzypiec (dla tych, którzy nie znają na wyrywki dziejów Steve’a Jobsa). No i jeszcze zostaje kwestia estetyki, tak ważna dla wielkiego wizjonera technologii. Jak to możliwe, że taki esteta tak koszmarnie się prezentował? Nie rozumiem dlaczego jego komputery musiały być piękne w każdy szczególe, podczas gdy on sam wyglądał jak bezdomny. Ale to już chyba temat na inny tekst, w którym należałoby wyjaśnić także zagadkę tego, dlaczego w latach 70-tych i 80-tych wszyscy mieli takie koszmarne włosy. Po seansie filmowym zapewne wielu arbitrów elegancji westchnie z ulgą myśląc, że wspaniale się złożyło, iż dziś mamy coraz ładniejsze iPhony i iPady, a straszne fryzury i ubrania odeszły dawno w zapomnienie.

6 thoughts on “Jobs

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *