Teoria wielkiego podrywu

Teoria wielkiego podrywuZacznę może od stwierdzenia, że jedyną wadą, jaką ma The Big Bang Theory, to zdecydowanie za krótkie odcinki. Podejrzewam, że podobnie jak ja, większość fanów tego serialu oglądałoby go wiernie nawet gdyby był puszczany codziennie, a każdy epizod miałby po dwie godziny. Patrzenie na bandę nerdów i ich urocze towarzyszki po prostu nigdy się nie nudzi. Kluczem do sukcesu (oczywiście poza Sheldonem Cooperem) jest zastosowanie chyba wszystkich możliwych odmian humoru. Serial skupia się na życiu grupy czterech przyjaciół, z których każdy jest stereotypową, przerysowaną wersją samego siebie, do której przynależy inny rodzaj komizmu. Sheldon bawi inteligentnie i naukowo, w Leonardzie śmieszy nieśmiałość i zgorzknienie, Rajesh to chodząca skarbnica etnicznych żarcików o Hindusach, a Howard dostarcza nam rubasznych dowcipasów podrywacza mitomana. Ta mieszanka jest naprawdę zabójcza, a do tego dochodzą jeszcze wszelkie odmiany humoru, pojawiające się przy różnych interakcjach ze światem zewnętrznym, w którym zakręceni naukowcy funkcjonują zupełnie inaczej niż przeciętni śmiertelnicy.

Mamy oto bandę śmiesznych chłopaków w kolorowych ubrankach, którzy są prawie zupełnie szczęśliwi w swoim hermetycznym świecie wypełnionym nauką, grami komputerowymi i RPG oraz komiksowymi bohaterami. Żyją oni właściwie tak jak każdy z nas by chciał, czyli zarabiając na życie tym co kochają najbardziej (fizyka), poświęcając większość czasu na rozwijanie swoich pasji. Cóż, niestety dla większości widzów oglądanie trzydziestolatków pykających w klawiaturę czy wykonujących dziwaczne eksperymenty nie byłoby zbyt ciekawe. Trzeba było nieco wstrząsnąć sytuacją i to właśnie zadanie dla ładnej (względnie) nowej sąsiadki, czyli Penny (Kaley Cuoco). Dzięki wchodzeniu z nią w rozmaite interakcje (towarzyskie i cielesne) widzimy, że naszym nerdom do szczęścia brakuje właśnie tego, co każdy przeciętny człowiek ma na wyciągnięcie ręki, czyli związku z osobnikiem przeciwnej płci. Przy okazji mamy pretekst do wyśmiania zarówno stereotypów na temat typowych naukowców jak i typowych głupich blondynek. Tak właśnie zaczyna się pierwszy sezon Big Banga, a dalej jest już tylko lepiej. Pojawiają się kolejne postaci, poznajemy rodziny i współpracowników naszych cudaków i się dzieje. Każdy dialog tutaj jest jak precyzyjnie wymierzona seria z karabinu maszynowego nabitego dowcipem najwyższych lotów (no chyba, że się Howard odzywa).

Najwięcej pochwał zbiera co sezon niepowtarzalny Sheldon Cooper, czyli maskotka i gówna atrakcja tego widowiska, a grający go Jim Parson to młodsze wcielenie Jasia Fasoli połączonego z szalonym naukowcem. Sheldon to typowe cudowne dziecko, któremu mózg rozwinął się znacznie szybciej niż większość pozostałych organów, zajmując przy okazji miejsca, gdzie zazwyczaj mamy serce, wrażliwość, empatię czy wyrozumiałość. Ten tytan umysłu uważa sam siebie za istotę myślącą wyższego rzędu i szczytowe osiągnięcie ewolucji, ale mnie się najbardziej podobają jego małe dziwaczne słabości. Jak się okazuje Sheldon lubi kociaki (i piosenkę o małych kotkach), fascynuje się pociągami i potrafi tańczyć, co jest jedna z niewielu oznak człowieczeństwa (poważnie, moment, w którym Sheldon zaczął tańczyć, był moim najśmieszniejszym i najprzyjemniejszym doświadczeniem serialowym ever). Jest po prostu uroczy, a to, że jest ulubioną postacią większości widzów świadczy o tym, że wszyscy jesteśmy popaprani, bo kibicujemy wrednemu tyranowi, znęcającemu się psychicznie nad całym otoczeniem (ale za to jak!).

Do grona moich osobistych faworytów należy także dziewczyna Sheldona, czyli Amy Farrah Fawler (Mayim Bialik), która jest nieprawdopodobnie wierną kopią Sheldona, tyle że w wersji żeńskiej. Bardziej niż jej intensywne zaloty w stosunku do ekscentrycznego naukowca, śmieszą chyba tylko lesbijskie, niezdarne umizgi do Penny. Wspaniały (a raczej wspaniale obleśny) jest także Howard (Simon Helberg) będący ucieleśnieniem żydowskiego humoru i w ogóle mistrzem autoironii. Zastanawiający jest także wątek homoerotyczny z hinduskim kolegą, któremu momentami okazuje więcej ciepła i zrozumienia niż własnej żonie. Coś wspaniałego!

Oglądając Teorię wielkiego podrywu, często zastanawiam się dlaczego właściwie ci faceci mają takie problemy z samooceną (poza Sheldonem) i ze znalezieniem odpowiedniej/jakiejkolwiek partnerki. Czyż uroczy wygląd, dobra stabilna posada i duża dbałość o higienę nie powinny rekompensować braku towarzyskiej ogłady? W końcu to właśnie tacy faceci (Billowie Gatesowie i Stevowie Jobsowie) rządzą współczesnym światem i dziewczyny powinny się za nimi uganiać. Na szczęście to tylko serial i nie przeszkadza nam zupełnie taki brak logiki.

6 thoughts on “Teoria wielkiego podrywu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *