Wywiad ze słońcem narodu

Jestem prawdopodobnie ostatnią osobą na świecie, która obejrzała ten film. Cóż, zwyczajnie nie jestem wielbicielką kloacznego humoru. Zasiadłam do oglądania tylko dlatego, że pisząc wczoraj o dokumencie The Propaganda Game doszłam do wniosku, że skoro ludzie mogą śmiać się ze wszystkiego, włącznie z chorobami i śmiercią, że nawet Hitlerowi się dostało, to Kim Dzong Un nie może być wyjątkiem. Śmiech to doskonałe narzędzie do odbierania szaleńcom powagi i władzy, i cieszy mnie, że Rogen i Goldberg też tak uważają, bo w końcu taka jest wymowa filmu. Rażą mnie w tym filmie dowcipy analne i groteskowe wygłupy, ale jeśli to choć trochę psuje humor tej paskudnej kreaturze od garnka ciętej, to mogę Wywiad ze słońcem narodu oglądać codziennie i każdemu kogo spotkam go polecać.

Skylark robi show

Niepotrzebnie długie wprowadzenie to rzut oka na telewizyjną karierę duetu David Skylark (James Franco) i Aaron Rapaport (Seth Rogen) robiącego najbardziej widowiskowe bulwarowe show w amerykańskiej telewizji. To w ich programie gwiazdy i celebryci opowiadają o swoich wstydliwych sekretach, co jest dużą zasługą charyzmatycznego (jak na mój gust poważnie zaburzonego) prowadzącego Skylarka. Gdy panowie dostają szansę na przeprowadzenie wywiadu z dyktatorem Korei Północnej, wydaje im się, że to będzie idealne dopełnienie ich sukcesu, które przy okazji doda nieco powagi ich bulwarowemu programowi. Radość wkrótce mija, gdy okazuje się, że CIA oczekuje od nich zgładzenia dyktatora, do którego jako jedni z bardzo nielicznych mają szansę się zbliżyć. Gdy docierają do Pjongjangu, od razu się orientujemy, że tajne służby nie mogły wybrać sobie gorszych ludzi do wykonania tajnej zabójczej misji. Skylark ulega czarowi Kim Dzong Una (Randall Park), a Rapaport zakochuje się w jego minister propagandy Sook (Diana Bang). Aż do finału nie wiemy, czy misja ma w ogóle jakiekolwiek szanse.

Nim dojdzie do wywiadu ze słońcem narodu, będziemy musieli wysłuchać wielu nieśmiesznych dygresji do dygresji. Długaśne dialogi prowadzone przez Amerykanów są bombastycznie kloaczne, ale to nic w porównaniu do tego, co się dzieje między Skylarkiem i Kimem. Dostaje się buldogowi aż miło.

Śmiechem w psychola

Może wam się wydawać, że nic mi się tu nie podobało, ale tak nie jest. Wielkim plusem, niwelującym wszystkie minusy z robokopowym prąciem na czele, jest to, że nasi komedianci mają jednak wyczucie. Nie śmieją się z Koreańczyków, z tego, że głodują, są zamykani w obozach koncentracyjnych i torturowani, a jedynie z ich psychopatycznego przywódcy, adopcyjnego ojca z przymusu.

Po raz kolejny ogarnęło mnie wielkie zadziwienie tym, jak ktoś tak pokraczny, groteskowy i pompatyczny może być w ogóle przywódcą czegokolwiek. Najlepsze jest to, że w filmie nie trzeba było za wiele przesadzać, bo wystarczyło pokazać Kima takiego jakim jest. Pomijam już fryzurę (bo sama wiele razy miałam dokładnie to samo na głowie), ale ta tusza, ubranie, ta pycha na twarzy. To nieuzasadnione poczucie własnej wartości i wyższości nad innymi! Do tego cała ta kiczowata oprawa z plakatami, pomnikami i monumentalnymi budowlami, którymi upstrzona jest stolica Korei Północnej. Nikt by nie wymyślił aż tak szalone fikcji.

Z perspektywy psychologicznej zapewne należałoby Kim Dzong Unowi jeszcze współczuć, bo to w końcu nie jego wina, że dziadek i ojciec przekazali mu władzę i bardzo niefortunny zestaw genów. Do tego filmowy Kim ma kompleks niższości wobec ojca, który nigdy go nie szanował i miał za zniewieściałego dziwaka. Gdy jednak do akcji wkraczają atomówki, wszelkie cieplejsze uczucia do przywódcy znikają bez śladu (wczoraj w radiu słuchałam audycji o tym, że na pięciolecie swych rządów słońce narodu naszykowało kongres, w czasie którym znowu planowane są pokazowe detonacje i to już nie jest śmieszne).

A jeśli już pominiemy zasadność żartowania sobie z kolejnego wcielenia politycznego szaleństwa i to w tak niewybredny sposób, to zostają nam jeszcze całkiem zgrabne uszczypliwości pod adresem Amerykanów (bo przecież wiedzą i nic nie robią, mając w tym swoje interesy) oraz aktorzy, których zwyczajnie nie sposób nie lubić. Co prawda wolałabym nie wiedzieć czym po upojnej nocy pachną paluchy Franco, ani też co wkładał osobie do odbytu Rogen, ale nawet to wszystko nie jest w stanie nam obrzydzić ich postaci. Po dwugodzinnym nurzaniu się w dowcipach najniższych lotów, nadal lubi się tych facetów, a to chyba dobrze. Oczywiście najlepszy jest przesadzony Skylark w wydaniu Franco, który błyszczy na tle spokojniejszego, bardziej gderliwego kolegi. Aktor zachowuje się jak uroczy dzieciak, który wie, że jest uroczy i to z premedytacją wykorzystuje. Jego olbrzymi uśmiech i dobór garderoby robią z niego idealnego kandydata na przyszłego Jokera (gdy Leto już się opatrzy), a do tego te sceny ze szczeniaczkiem:)

Na koniec mam jeszcze tylko dwa pytania, które nie dawały mi spokoju podczas oglądania. Gdzie można dostać płytę z hejtem na seniorów (chętnie kupię) oraz w jaki sposób stać się posiadaczem takie małego czołgu w stylu porucznika Grubera z ‚Allo’Allo!?

One thought on “Wywiad ze słońcem narodu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *