The Propaganda Game

Dziś coś na poważnie. Koniecznie musicie zobaczyć dokument o Korei Północnej z Netflixa. Ten film nie jest kolejną próbą ośmieszenia reżimu Kimów, ani też próbą grania na naszych uczuciach, poruszenia sumienia czy zszokowania nas okrucieństwem koreańskiego rządu wobec swoich obywateli. Dokument Alvara Longorii to próba rzetelnego pokazania prawdy, a raczej pokazania tego, że dojść do prawdy o Korei Północnej właściwie nie można. Jak bowiem mówić o prawdzie czy fałszu w sytuacji, gdy hiszpański reżyser może i dostaje rządowe pozwolenie na zwiedzenie Pjongjangu, ale ani przez chwilę nie jest pozostawiany sam sobie? Jego ,,opiekunowie” towarzyszą mu podczas każdej minuty, przez wszystkie dni, więc trudno raczej uwierzyć w to, co widzimy i słyszymy z ust ,,spontanicznie” pytanych, ,,przypadkowo” spotykanych przechodniów.

Piekło czy raj na ziemi?

Jeżdżąc po stolicy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Longoria przeprowadza wywiady z politykami, rzecznikami i szarymi obywatelami, pytając ich wszystkich o propagandę Zachodu rozsiewaną na temat ich kraju od lat. Każdy oczywiście zaprzecza jakoby działa się Koreańczykom jakakolwiek krzywda. Przechodnie zgodnie chwalą darmowy system opieki zdrowotnej (co z tego, że nie ma leków?) oraz dostępną dla każdego edukację (uczącą głównie kimowej mitologii). Każdemu ,,przypadkowemu” rozmówcy żyje się radośnie, spokojnie i dostatnio (tylko jakoś tak nerwowo mówią i się mocno pocą…). Za to pracownicy rządowi obalają punkt po punkcie ich zdaniem mocno przesadzone i krzywdzące opinie świata zachodniego, tłumacząc je hipokryzją, zepsuciem i chciwością USA. Podczas tych wszystkich rozmów, reżyser stara się być jak najbardziej neutralny. Nie komentuje wypowiedzi (choć niektóre aż się o to proszą) i mamy wrażenie, że pokazuje nam zupełnie surowy, nieobrobiony materiał filmowy, sprowadzający się do tego, co rząd Korei Północnej chce pokazać jemu i całemu Zachodowi.

Równowagą dla tego mocno kontrolowanego spojrzenia z wewnątrz najbardziej tajemniczego kraju na świecie, są wypowiedzi licznych obrońców praw człowieka, uciekinierów z Korei oraz socjologów, demaskujących kłamstwa reżimu. Ich doniesień Longoria także nie komentuje, pozostawiając widzowi osąd, a właściwie możliwość bycia jedynie skonfundowanym, gdyż bardzo trudno jest na podstawie propagandy rozsiewanej przez jedną i drugą stronę, wyciągnąć jednoznaczne wnioski (choć w pewnym momencie jak dla mnie wszystko staje się aż nazbyt jasne).

Najbardziej zainteresowały mnie tu wypowiedzi Alejandra Cao de Benos, Hiszpana, który jest jedynym obcokrajowcem zatrudnianym przez północnokoreański rząd. W mundurze, z wieloma medalami na piersi, zachwala on reżim Kima, oczywiście podkreślając swój zupełnie obiektywny, zewnętrzny punkt widzenia. Aż oczy przecierałam ze zdumienia, takie to dziwne.

Atrapa wolności

Oczywiście wiadomo, że zachodnie media, nie mając wiarygodnych informacji, podają nam dość uproszczoną (prześmiewczą i wyolbrzymioną) wersję tego co się dzieje w Korei Północnej. Z drugiej strony z filmu Longorii wyłania się obraz przesadzony w drugą stronę. Obywatele i politycy kreują lukrowaną wizję raju na ziemi, spełnionej Arkadii, w której czują się zaopiekowani niczym małe dzieci tulone przez troskliwego ojca Kima w swych kolejnych inkarnacjach. Nie można jednak chyba mówić, że zupełnie nic nie wiadomo, bo przecież mamy oczy i widzimy co się kryje za tymi wszystkimi słodkimi słówkami i bełkotliwą mitologią władzy.

Dla mnie osobiście i podejrzewam, że dla autora dokumentu także, oczywistym jest, że obywatele, których przepytuje kłamią. Nie sądzę by mieli aż tak wyprane mózgi, jak co niektórzy podejrzewają, ale myślę, że zwyczajnie się boją. Jeżeli choć część z tego, co przekazują uciekinierzy z systemu jest prawdą, to ci biedni ludzie zwyczajnie boją się o swoje życie, a także o bezpieczeństwo całej rodziny, przyjaciół i sąsiadów, wszystkich Koreańczyków mających z nimi cokolwiek wspólnego. Kolejna sprawa to ta makieta, po której przez kilka dni przechadzamy się z kamerą. Puste ulice, wyludnione muzea, sklepy, w których co prawda nie brakuje produktów, ale są one ustawione z wręcz podejrzanie pedantyczną dokładnością. Wypucowane chodniki i wyczesane trawniki na pewno nie wyglądają na normalnie używane, podobnie jak środki komunikacji miejskiej. Od samego początku sztuczność widowiska dla obcokrajowców rzuca się w oczy. Szczytem bezczelności jest twierdzenie, że gospodarka ma się dobrze, gdy na drogach nie ma zupełnie żadnych samochodów. A już szczytem szczytów jest udowadnianie, że w kraju jest nawet wolność wyznania. Gdy filmowcy uczestniczą w katolickiej mszy, w której wszystko jest bardziej poprawne niż w Watykanie, a brakuje jedynie małego szczegółu jakim jest ksiądz, aż dziw bierze, że oszuści nie chcą uznać klęski swojego kłamstwa i przy okazji jakoś ,,uciszyć” Longorii. To każdy widz powinien sam zobaczyć. Coś niesamowitego!

Przez chwilę zatrzymam się jeszcze na ludziach, bo przecież to oni są w tym wszystkim najważniejsi. Jakich obywateli tego raju widzimy na ulicach? Panowie są często ubrani w mundury lub w zgrzebne lecz bardzo przepisowe i schludne garnitury. Panie to już albo sztywne garsonki w stylu zachodnim, ale częściej elegantki z cepelii, czyli odziane w tradycyjny koreański strój (raczej na co dzień tak nie chodzą, to jasne, że ich wygląd jest na pokaz dla zachodnich gości).

Dla mnie osobiście najwięcej mówi w tym filmie tusza i fizjonomia poszczególnych osób (może za bardzo jestem na to wyczulona). Groteskowe pomniki Kimów (czy oni nie widzą jakie to śmieszne?), zdjęcia i fragmenty filmów ukazujących nalanych, tłustych mężczyzn o tępych obliczach. Do tego Benos, ledwo dopinający guziki munduru. A to wszystko skontrastowane z wychudzonymi, ledwo trzymającymi się na nogach szarymi obywatelami. Skoro tak wyglądają ci, których chcieli pokazać zachodnim dokumentalistom, to jak źle musi być z tymi, którzy przed kamerę się nie nadają? Jestem pewna, że gdyby puścili Longorię na prowincję i to bez nadzoru, nie potrzebowalibyśmy żadnych słów by poznać prawdę.

Choć zachodnie media często, mówiąc o reżimie Kimów czy o ich broni atomowej, lubią przy okazji pośmiać się z absurdów tej politycznej dystopii, to raczej nie powinno nam być do śmiechu bo tu chodzi o życie milionów ludzi. Naprawdę było mi żal tych wszystkich ,,przypadkowych” przechodniów, z którymi rozmawia dokumentalista, ponieważ mimo słów oddania i miłości dla marszałka, generalissimusa i Wiecznego Prezydenta, na ich twarzach i w ich wyniszczonych głodem ciałach widać całą prawdę o tym, co się tam dzieje.

Chyba wreszcie jestem gotowa do obejrzenia Wywiadu ze słońcem narodu. Nie jestem fanką tego rodzaju dowcipu, ale zrobię to choćby na złość temu tłustemu buldogowi Kim Dzong Unowi, który jak nikt na świecie wzbudza we mnie totalne obrzydzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *