Wielkie nadzieje

Osobiście uważam, że jedną z największych zalet kina i telewizji jest to, że dzięki nim wciąż na nowo możemy rozkoszować się urokami wielkiej literatury. Myślę, że to fantastyczne, iż kolejne pokolenia zdolnych (a przynajmniej urodziwych lub charakterystycznych aktorów) wciąż wcielają się w te same role i odgrywają dobrze nam znane historie. Uważam za pokrzepiający fakt, że w czekającym mnie jeszcze długim żywocie kinomana, zobaczę pewno niejedną mniej lub bardziej udaną ekranizację brytyjskich arcydzieł, takich właśnie jak Wielkie nadzieje Karola Dickensa. Jest to jedna z tych opowieści, o których sobie przypominamy podczas jesiennych i zimowych chłodów, gdy mamy ochotę pogrzać się w cieple choćby tylko literackich kominków. Poza przytulnością małych zatęchłych wnętrz, Wielkie nadzieje oferują także oczywiście wzruszającą historię miłosną, która jest ponadczasowa i z pewnością przypadłaby bardzo do gustu współczesnym nastolatkom (wszak Dickens pisał często dla nich i o nich), gdyby oczywiście czytali jeszcze cokolwiek poza Internetem.

Odłóżmy może na bok streszczanie tematyki wielkiego dzieła Dickensa. Opowiadanie o czym to jest byłoby bezcelowe, bo skoro czytacie ten tekst to zapewne doskonale się w tym orientujecie. Skupmy się może na tym, dlaczego nowe Wielkie nadzieje są wyjątkowe (choć nie genialne) i z pewnością warte zobaczenia. Odpowiedź jest oczywiście tylko jedna – gra tu dwójka najlepszych brytyjskich aktorów, czyli Ralph Fiennes i Helena Bonham Carter. Fiennes jest naprawdę wspaniałym Magwichem. Jest tak zimny i antypatyczny, że naprawdę trudno by było wyobrazić sobie lepszego zbiegłego skazańca. Ale za to Helenka… Patrząc na jej pannę Havisham miałam wrażenie, że już setki razy widziałam ją taką samą. Nie zrozumcie mnie źle. Jest przerażająca i obłąkana jak trzeba (scena, w której Estella kładzie jej na kolanach głowę jak posłuszny piesek, a ta ją głaszcze, może wywołać ciarki przerażenia) ale przecież praktycznie w każdej większej produkcji historycznej lub fantastycznej gra dokładnie takie same postaci. Bohnam Carter to w końcu specjalistka od wcielania się w role groteskowych świrniętych ciotek, noszących dość oryginalne kreacje i z wyraźną tendencją do zbyt mocnego makijażu oraz do unikania grzebienia. Nowe Wielkie nadzieje to będzie może gratka dla kogoś kto nie widział jeszcze Helenki w akcji. Pozostałym polecam oparty na tym samym dziele świetny mini serial brytyjski z 2011 roku, w którym pannę Havisham gra Gillian Anderson. Bardziej subtelna i wyciszona, a jednak także upiorna i władcza Havisham by Anderson to zupełnie inny sposób na pokazanie bzika starszej pani. Naprawdę coś niesamowitego.

Tak szczerze to uważam, że dwie ostanie wersje Wielkich nadziei powinno się sprzedawać i oglądać w zestawie. Taki uzupełniający się dwupak na długie zimowe wieczory. Świetne byłoby zresztą także zmiksowanie obsady, żeby pozostali tylko najlepsi z obu produkcji. Oprócz komplementarnych panien Havisham, zmiksowałabym także Pipa i Estellę. W starszej wersji (2011) Estella jest mdła i nijaka, ale za to Pip jest bardzo charakterystyczny. Grający go Douglas Booth wygląda lepiej niż wszystkie brytyjskie aktorki jaki do tej pory widziałam na ekranie. Chłopak jest po kobiecemu urodziwy, jakby go totalnie sfotoszopowali w każdym ujęciu. Aż dziw, że aktor nie opowiada w pismach kobiecych o swoich sposobach na idealne usta i świetlista cerę. Jakby go dokoptować do obsady Wielkich nadziei 2012 to byłby idealna parą dla ślicznej Holliday Grainger (Lukrecji z Borgiów). Wtedy byłaby to opowieść o dwóch zakochanych w sobie i trochę sfiksowanych porcelanowych lalkach, oraz o otaczającym ich stadzie dziwaków, próbujących nimi manipulować niczym marionetkami. No taką mam wizję…

One thought on “Wielkie nadzieje

  • Maj 31, 2014 at 7:08 pm
    Permalink

    Hej! Jestem nastolatkiem i czytam takie książki. Właśnie szukam miniserialu i filmu do obejrzenia. :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *