Sufrażystka

Sufrażystka nie jest filmem wybitnym, ale tak jak każdy nowy film o holocauście, tak dzieło poświęcone walce o równouprawnienie każdy powinien zobaczyć. Jest to szczególnie ważne z tego względu, że sto lat po prezentowanych na ekranie wydarzeniach, walka jeszcze trwa. Kobiety, pomimo że mają już prawa wyborcze, nadal są w wielu aspektach traktowane jako obywatele gorszej kategorii, własność męża lub państwa. Obraz Sary Gavron, pomimo tendencyjnej fabuły i irytującego chaosu, ma niezaprzeczalny walor edukacyjny, znakomicie pokazuje (nie tylko feministkom i feministom) od czego się zaczęła walka i do czego może sytuacja kobiet powrócić, jeśli nie będą stanowcze i zjednoczone w domaganiu się tego, co im się słusznie należy. Ten film polecam szczególnie stereotypowym panom, jowialnym i rubasznym męskim mężczyznom, zaśmiewającym się z dowcipasów o agresywnych, krótko obciętych feministkach-lesbijkach i ich zacnym konserwatywnym małżonkom (bo przecież nie partnerkom) we wszystkim przytakującym głowom rodziny i z cielęcym uśmiechem znoszącym pracę na drugi etat w domu przy ścierach i garach. Ciekawa jestem bardzo, co takie osoby mogą wynieść z seansu Sufrażystki.

Osobisty wymiar walki

Mamy rok 1912 w Londynie. Nasz wzrok od razu skupia się na ciężkiej pracy głównej bohaterki Maud Watts (Carey Mulligan), która od wczesnego dzieciństwa wręcz niewolniczo haruje w miejskiej pralni, wraz z dziesiątkami podobnych jej praczek. Naturalistycznie pokazane blizny po oparzeniach, blizny po skaleczeniach na rękach, worki pod oczami i blada cera, nie pozostawiają złudzeń co do przeszłości i przyszłości Maud. Obrazu dopełnia nędza mieszkania, nikłe wsparcie męża i kompletny brak czasu dla małego synka, bo przecież trzeba pracować, by miał co jeść. Nasza bohaterka, choć jest świadkiem śmiałych wybuchów sprzeciwu sufrażystek wobec obowiązującego prawa (brak praw wyborczych czy bycie własnością męża bez prawa do własnych dzieci) nie wybiera walki świadomie, tylko jest w nią nieco mimo woli wciągnięta. Z początku bez przekonania i z wielkim strachem o to, co ludzie powiedzą, ale potem już z całym zapałem młodego żołnierza, zainspirowanego charyzmatycznym przesłaniem generałów i kapitanów ruchu sufrażystek, zahukana praczka staje na czele tej damsko-męskiej wojny, a to jakie ją spotkają konsekwencje za działanie i zabieranie głosu, jeszcze dziś powinno wywoływać rumieniec wstydu na twarzy każdego mężczyzny.Suffragette Movie The First To Use Parliament As A Location

Reżyserka z całą świadomością skupia się na indywidualnych losach londyńskiej praczki, tracąc może bardzo atrakcyjną szeroką perspektywę, ale dając nam za to szansę na zżycie się z bohaterką i utożsamienie się z jej osobistą tragedią. Na naszych oczach Maud traci wszystko, co do tej pory było dla niej najważniejsze (zatrudnienie, męża, syna) na rzecz sprawy większej i ważniejszej niż jej osobiste szczęście. Momentami nie można wręcz uciec od porównywania tego co ją spotyka do losów pierwszych chrześcijan (tyle w tym żarliwości) zwłaszcza, że biedna praczka jest zmuszona do zamieszkania w kościele.

Pięć minut Meryl Streep

W przeciwieństwie do wielu widzów rozczarowanych tym, że reklamowany jako pierwszoplanowy występ wielkiej Meryl Streep trwa tylko pięć minut, postanowiłam spojrzeć na sprawę (a tak dla odmiany) z większym pobłażaniem i optymizmem. Nie tylko Streep jest tu wielką aktorką z może nie małą, ale krótką rolą. Mamy w Sufrażystce cały kwiat brytyjskiego aktorstwa i podejrzewam, że takie talenty jak Ben Wisham, Helena Bonham-Carter czy Romola Garai zgodziły się ze względu na to, że to film na bardzo ważny temat i chciały mieć w tym swój udział, a nie ze względu na wyeksponowanie własnej osoby. Zresztą, choć Streep, jak praktycznie każdy poza Carey Mulligan, pojawia się na ekranie sporadycznie, to jednak wciela się w szalenie ważną postać. Aktorska ikona gra ikonę ruchu sufrażystek Emmeline Pankhurst, prekursorkę walki o przyznanie praw wyborczych kobietom, której kulminację oglądamy właśnie na ekranie.

Sufrazystka1

Oczywiście to wszystko mówi rozum, a co podpowiada mi serce zagorzałej fanki brytyjskiego aktorstwa, to już nie trudno się domyśleć. Po pierwsze, gdyby to zależało ode mnie, to główną rolę grałaby Romola Garai, która (w moim subiektywnym, osobistym odczuciu) ma więcej talentu w jednym palcu niż cała od lat przestraszona i zmarznięta Mulligan, kompletnie pozbawiona charyzmy i już za leciwa by wszystko rozgrywać dziewczęcą delikatnością. Po drugie, więcej Heleny Bonham-Carter, która jest tu tak porywająca i (o dziwo!) znów piękna jak w czasach szczytów aktorskiej formy. Naprawdę chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o jej bohaterce, farmaceutce z duchem rewolucjonistki.

Córki rewolucji

Sufrażystka to znakomita lekcja dla młodszych pokoleń widzów, którzy nawet nie wiedzą, ile zawdzięczają swoim prababkom. Naprawdę przydałby się taki film opowiadający o polskich emancypantkach, których przecież też nie brakowało. Jest to również dobry początek drogi dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o dzielnych kobietach, które pod koniec XIX i na początku XX wieku walczyły o swoje prawa. Każdy, kto rozumiał do tej pory kobiecy bunt w kategoriach przesalania zupy czy dąsów w alkowie, będzie z pewnością zaskoczony radykalnymi (i w pełni uzasadnionymi!!!) formami sprzeciwu jakie przyjmowała walka o prawa wyborcze. Te rewolucjonistki wysadzały skrzynki pocztowe, paraliżowały ruch, dokonywały spontanicznych aktów wandalizmu, a jedna z bohaterek nawet oddała życie jako męczenniczka za sprawę. Na mnie największe wrażenie zrobiło zdecydowanie wysadzenie w powietrze domu ministra. Te kobiety naprawdę nie przebierały w środkach.

Choć film sprawia wrażenie lekko topornej historycznej rekonstrukcji rodem z kanału Discovery, to jednak ma w sobie spore pokłady żarliwości, a niedomknięte wątki fabularne naprawdę zachęcają do tego, by dowiedzieć się czegoś więcej o postaciach, które tylko na mgnienie oka ożywają na ekranie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *