Victor Frankenstein

Czegóż to ten szalony doktor nie stworzył? Zmajstrował małpę, Igora i potwora, o czym możemy się po raz kolejny przekonać w ostatniej odsłonie przygód jednego z najbardziej eksploatowanych bohaterów wszech czasów. Mary Shelley byłaby zapewne dumna z tego, że jej Prometeusz doczekał się tak licznego potomstwa. Niestety, mieliśmy już bardziej udane twory. Victor Frankenstein, choć dość pomysłowy i momentami zabawny, to jednak nie umywa się do klasycznej już wersji, w której popis dali Kenneth Branagh i Helena Bonham-Carter. Nawet serialowe wygibasy Seana Beana plasują się wyżej od tego filmu, że już nie wspomnę o fantastycznej wersji teatralnej z Benedictem Cumberbatchem i Jonnym Lee Millerem (chciałabym, by każdy kogo lubię zobaczył to przedstawienie). Tak, tak, ten film możecie sobie spokojnie darować, chyba, że akurat piszecie magisterkę z motywów prometejskich we współczesnej kulturze i potrzebne wam jakieś wesołe dziwo dla urozmaicenia.

Nie garbus, nie Igor

Popkultura prezentowała nam Victora już wiele razy. W wersjach bardziej kanonicznych, towarzyszył mu tylko stworzony przez niego humunkulus, a w mniej poprawnych także garbaty Igor, mówiący z dziwnym, wschodnioeuropejskim akcentem. Z czasem tak się porobiło, że każdy ześwirowany naukowiec miał swojego asystenta Igora, z którym zamykał się w mrocznym zamczysku i eksperymentował, w sensie anatomicznym oczywiście, choć i to źle brzmi.

W tym filmie mamy wszystkie możliwe odniesienia do większych i pomniejszych frankensteinskich kalek.

Zaczynamy od poznania anonimowego garbusa (kto by tam dawał imię niziołkowi ze skoliozą), którego dziesiątki widzów mogły podziwiać w typowym, XIX-wiecznym cyrku, w którym nie brakowało pomyłek natury. Garbus jest brzydki (Daniel Radcliffe go gra, ta postać od początku nie miała szans) i brudny, do tego straumatyzowany, ale gdy niejaki Viktor Frankenstein (James McAvoy) uwalnia go z niewoli i zatrudnia jako asystenta, okazuje się, że to prawdziwy geniusz. Szybko dostaje imię po byłym współlokatorze doktorka, a garb okazuje się wielkim ropniem (nie patrzcie jak się go pozbędą, bo to was naznaczy na resztę życia jak Ludzka stonoga). Szybko okazuje się, że Victor ma dość oryginalne poglądy na sprawy życia i śmierci, a asystent był mu potrzebny do pracy nad zatarciem granicy między tymi dwoma stanami. Niestety, ich pierwszy twór o imieniu Gordon, składający się w połowie z szympansów z zoo, a w połowie z podrobów prosto od rzeźnika, nie wykazywał dostatecznej chęci współpracy. Pozostało im mieć nadzieję, że przy bardziej ludzkim tworze, komunikacja przebiegnie pomyślniej.

Być jak John i Sherlock

Widać, że pracujący wcześniej także nad Sherlockiem reżyser Paul McGuigan, chciał by między bohaterami była chemia jak między serialowymi bohaterami, jednak wyszła nudna i nieskładna mieszanina wszystkiego ze wszystkim, przypominająca raczej filmową wersję Guya Ritchiego. Jest co prawda kilka naprawdę dobrze się zapowiadających dialogów, ale cały potencjał psuje Radcliffe, którego Igor to trochę taka beksa bez polotu. Tak jak sama postać garbusa, cała reszta tego filmu wydaje się tylko cieniem czegoś znacznie ciekawszego.

Oprócz tego, że będący świadkiem narodzin legendy Igor wcale nie jest Igorem, nie ma akcentu a do tego brak mu garba, to jeszcze Prometeuszem nazwano potwora, a nie jego stwórcę. Mam zazwyczaj sporą tolerancję dla żonglerki schematami, ale nawet jak dla mnie to już lekka przesada. Okazuje się także, że prawdziwym tworem Frankensteina ma być sam Igor, a nie jakiś płaskogłowy wielkolud z dwoma sercami i czterema płucami (swoją drogą jestem ciekawa jak by się ta hybryda dalej rozwijała). Aż się samo ciśnie na klawiaturę by napisać, że ten film to prawdziwym potworek.

Choć kwestie moralne, czyli ta cała dyskusja o tym, czy człowiekowi wolno bawić się w Boga, schodzą na dalszy plan, nie jest to pod względem intelektualnym tak zły film, jak może sugerować mój powyższy opis. Co prawda akcja i efekty, wybuchy, pościgi i pożary, przejmują pierwszy plan, to jednak jest tu kilka smaczków, o których można myśleć z zaciekawieniem. Muszę na przykład przyznać, że pod wszechmoc ludzką (symbolizowaną przez chęć zapanowania medyka nad materią martwą, żywą i ledwo żywą) sprytnie podciągnięto także inne nowoczesne ,,wymysły” medycyny, jak choćby zapłodnienie zewnątrz ustrojowe. Frankenstein, choć naprawdę brak mu piątej klepki i czasem gania za ludźmi nauczając ich o szarej istocie mózgu, stara się nieść kaganek oświaty, co nawet mi się podoba, bo ładnie koresponduje ze współczesnością.

Na pochwałę zasługuje także McAvoy, który naprawdę robi co może w obliczu spotkania strasznego aktorskiego drewna Radcliffa (jego ożywiać tu powinni nie płaskogłowego czy Gordona). Obłęd w jego wykonaniu jest bardzo przekonujący, tylko on trzyma ten nudny, chaotyczny film na jako takim poziomie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *