Katia Petrowska, Może Estera

Jak opowiedzieć rodzinną historię powiązaną z historią XX wieku? Jak zrobić to w inny sposób, bez epatowania poczuciem krzywdy czy wojennymi okropnościami? Katia Petrowska pokazuje czytelnikom, że jest to możliwe, a snuta przez nią opowieść przede wszystkim jest poszukiwaniem własnych korzeni i wyjaśnianiem rodzinnych tajemnic (z czym każdy się może utożsamić), a dopiero w drugiej kolejności to historia potomkini żydowskich nauczycieli, rodziny, która najpierw osiedliła się w Warszawie, a potem parła coraz bardziej na Wschód, na Ukrainę, gdzie zastała ich wojna, nie oszczędzająca nikogo. O tym, jaka jest to narracja, najlepiej mówi sam tytuł. Jedna z babć Petrowskiej mogła mieć na imię Estera, ale wcale nie jest powiedziane, że tak było, a jednak nie przeszkadza to autorce w stworzeniu bardzo intymnego i wzruszającego portretu kobiety, o której wie bardzo niewiele. Z jednej strony prawie anonimowa Może Estera, a z drugiej szczegółowy opis jej nieprawdopodobnego zachowania, podczas gdy jej najbliżsi ginęli w Babim Jarze. Do każdej ze sportretowanych postaci podchodzimy tak blisko jak się tylko da, a ich los (choć mało co jest tu pewne) staje się splotem losów całej spustoszonej wojną Europy.

Ruszamy w drogę

Zaczynamy podróż z berlińskiego dworca. Będzie to wędrówka w przestrzeni, ale też w czasie i to na kolejnych dwóch płaszczyznach. Naszą przewodniczką jest sama autorka, wychowana w Kijowie dziennikarka i pisarka, żona Niemca, mająca żydowskich przodków. Przejedziemy z nią kawał współczesnej Europy, odwiedzając miejsca, które wiążą się bezpośrednio z jej rodzinną historią, na przykład obóz w Mauthausen czy Warszawę. Ze szczątków informacji, którymi dysponuje, ze swoich obserwacji i skojarzeń, jakie miała w tych symbolicznych miejscach, Petrowska zbuduje alternatywną, być może bardzo bliską prawdziwej, historię pewnego rodu. To mozolne odtwarzanie skomplikowanej genealogii pomoże czytelnikom zrozumieć złożoność losów Żydów i obywateli Związku Radzieckiego, ale będzie pomocne także samej autorce, która poprzez pisanie na nowo wskrzesza ukochanych dziadków i pradziadków (choć niektórych nawet nie znała), przepracowując podczas pisania traumę wojenną przekazaną niemal genetycznie.

Kolejną płaszczyzną tej opowieści są retrospekcje czasów dziecięcych, kiedy to mała Katia, wychowująca się na typowym radzieckim blokowisku w Kijowie, miała styczność z ostatnimi bliskimi, którzy albo pamiętali jeszcze wojnę, albo dysponowali zdjęciami lub relacjami naocznych świadków wielu ważnych zdarzeń. Autorka nie skupia się tu jednak na dokumentowaniu faktów, ale głównie na emocjach i drobiazgach, tak jak robi to każdy z nas w prywatnych rozmowach wspominając ukochaną babcię, stryjka czy wujka. Jest w tym wiele ciepła i prawdy, można się wzruszyć, a także po raz kolejny zadumać nad skomplikowanymi losami Europejczyków.

Trzecią ścieżkę narracyjną zajmują wycieczki w daleką przeszłość, do samych korzeni rodziny, czyli czubka drzewa genealogicznego (lub, jak woli autorka, drzewka). Śledzimy drogę żydowskich przodków Petrowskiej na Wschód, poznajemy skomplikowane koligacje rodzinne i kolejne zmiany nazwisk oraz narodowości. Ten wątek to prawdziwa mozaika, składająca się z wielu pojedynczych i bardzo drobiazgowych życiorysów, które buduje autorka zarówno przy pomocy zdjęć, dokumentów i innych źródeł historycznych, jak i własnej wyobraźni. Dzięki temu wyłaniają się z przeszłości ludzie tak żywi, jak to tylko możliwe, wśród których nie brakuje prawdziwych bohaterów i ekscentryków. Mnie najbardziej zainteresowały wszelkie wzmianki o rodzinnym rzemiośle, jakim od wielu pokoleń było nauczanie głuchoniemych dzieci, w czasie wojny głównie sierot. Nie sposób się nie wzruszyć tymi opowieściami.

Bez przesady i patosu

W żadnym wypadku nie można nazwać narracji Petrowskiej lekką i zapewniam, że podczas tej lektury wszystkie trapiące was tzw. problemy pierwszego świata pójdą w zapomnienie. Nie ma tu jednak muru z bólu i okropieństw wojennych, oddzielających nas od bohaterów, ani słowa ,,Holocaust” użytego jako plaster na usta, hamujący wszelkie dyskusje. Autorka ma bardzo oryginalne podejście, a swoje relacje tworzy tak, by były odbierane jako jak najbardziej szczere. Nie waha się wspominać o rzeczach wstydliwych (jak brat dziadka o imieniu Judasz, który był zamachowcem) czy przykrych (dziadek, który cztery dekady wracał z wojny). Jest w każdym swoim słowie prawdziwa i ludzka, dzięki czemu tacy też są opisywani przez nią ludzie.

Jestem pewna, że nigdy nie zapomnę relacji Petrowskiej z wizyty w obozie Mauthausen. Nie chodzi nawet o miejsce, ale o to, że nie waha się ona przed wyjawieniem na przykład tego, że ma pretensję do ludzi, którzy normalnie tu żyją czy przyjeżdżają na wakacje. O takich rzeczach nikt nie mówi głośno, a przecież wielu osobom, których rodziny ucierpiały w czasie wojny, na pewno zdarza się mieć pretensję do całego świata o to, że się nie zatrzymał, że sprawy nadal mają swój zwykły bieg.

Warto sięgnąć po Może Esterę także dla pięknego języka Petrowskiej, pełnego poetyckich metafor, nieoczywistych skojarzeń, a jednak za każdym razem trafiającego w punkt. Ta książka to podróż duchowa przez Austrię, Niemcy, Polskę i Ukrainę, którą zdecydowanie warto odbyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *