Snowden

 

Naprawdę czekałam na ten film, licząc na to, że wniesie coś ciekawego do tematu, na który powiedziano już chyba wszystko. Obejrzałam nawet Citizenfour Laury Poitras by móc się zorientować w sytuacji Edwarda Snowdena. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, nowy film Olivera Stone’a jest w większości powtórzeniem tego, co mogliśmy zobaczyć w dokumencie, do tego stopnia, że po kilku minutach zapomina się zupełnie, że to fabuła (o czym niestety boleśnie przypominają romansowe sceny). Grający byłego pracownika CIA i NSA Joseph Gordon-Levitt tak bardzo wczuwa się w rolę i jest tak wiarygodny, że zupełnie nie odczuwa się nieobecności prawdziwego Snowdena. Nie zmienia to jednak faktu, że film jest męczący, za długi, tendencyjny i przesłodzony. Mimo starań ekipy filmowej nie czuć ogromu grozy, który powinien tu zionąć z każdego laptopowego monitora. Zapewne będę w mniejszości, ale uważam, że taka postać jak Snowden zasłużyła na lepszy film.

Zwykły, przeciętny, bohaterski

Fabuła rozpoczyna się od pamiętnego wywiadu w Hongkongu, podczas, którego Edward Snowden opowiada dziennikarzom o tym, jak to rząd USA szpieguje swoich obywateli za pomocą wszelkich możliwych urządzeń elektronicznych. Snowden wie o czym mówi, bo sam bardzo długo pomagał rządowi w budowaniu największej na świecie siatki inwigilacyjnej. Każdy widz, który jeszcze do tej pory myślał, że amerykański rząd ma oko i ucho tylko na podejrzane o terroryzm jednostki, przykro się rozczaruje. W filmie Stone’a wprost łopatologicznie jest przedstawiony sposób omijania przez rozmaite agencje wszelkich przepisów, kłamania w sądach w żywe oczy i obserwowania praktycznie każdego szarego obywatela. Do czego przydaje się wiedza zdobyta dzięki podsłuchiwaniu rozmów telefonicznych, czytaniu sms-ów czy śledzeniu wiadomości na Facebooku, nie trudno się domyślić. Nigdy jeszcze manipulowanie ludźmi i ich szantażowanie nie były tak proste.

snowden-2016-joseph-gordon-levitt-and-shailene-woodley

Wszystkiego tego dowiadujemy się dzięki retrospektywom z życia młodego Snowdena, dla których wywiad jest fabularną ramą. Obserwujemy go najpierw jako młodego rekruta, który bardzo stara się zostać komandosem, a w końcu ląduje w szpitalu z uszkodzonymi nogami. Potem śledzimy jego karierę w wywiadzie, na którą się decyduje bo przecież ,,ojczyźnie można służyć na wiele sposobów”. Wreszcie przyglądamy się jego karierze zawodowej, przebiegającej dość płynnie, dzięki fenomenalnym zdolnością informatycznym naszego bohatera. Jego życie (związane z podróżami po całym świecie, wyzwaniami zawodowymi i coraz większymi zarobkami) załamuje się wraz z chwilą, gdy wreszcie dociera do niego to, co bezskutecznie próbowała mu przekazać jego dziewczyna Lindsay (Shailene Woodley), czyli, że rząd amerykański, a także powiązane z nim agencje, to banda przestępców. Gdy tylko łuski spadają mu z oczu, wszystko staje się jasne. Snowden wie, że musi powiadomić o tym absolutnie wszystkich, choćby miało go to kosztować nawet życie.

Przesłodzony, ale wart obejrzenia

Dzieło Stone’a ma liczne wady, w tym luki logiczne, z którymi ciężko się widzowi pogodzić. Nie rozumiem na przykład jak to możliwe, że ktoś, kto radzi sobie z treningiem na komandosa, może złamać nogę schodząc z łóżka. Albo jak to możliwe, że mimo wątpliwości, Snowden tak ochoczo uczestniczy w budowaniu sieci szpiegującej nie tylko Amerykanów, ale ludzi na całym świecie. No i o co chodzi z tym na siłę wtrącanym wątkiem romansowym, z animacjami jak dla idiotów (rozchodzące się światełka połączeń) czy z przerysowanymi jak z komiksu Nicolasem Cage’m i Rhysem Ifansem? Nic to jednak przy wadze tematu jaki porusza ten film. Chodzi przecież o to, że dowodzący największym mocarstwem na świecie tkwią po uszy w nielegalnym procederze szpiegowania obywateli swego państwa i nie tylko. Dowodem na to jest jak dla mnie nie tyle pakiet danych zaprezentowany przez Edwarda Snowdena, w niepodważalny sposób pokazujący co się naprawdę dzieje, ale już samo to, jak się Snowdena traktuje. Nie byłby aż tak zaszczuty i prześladowany, gdyby to co mówi nie było prawdą, prawda?

Choć nie jest to arcydzieło, powinniśmy się cieszyć z tego, że ten film powstał. Dzięki niemu szersze grono widzów, prawdopodobnie też tych bardzo młodych, których do tej pory nie interesował temat, dowie się, że we współczesnym świecie nie ma czegoś takiego jak bezpieczeństwo i anonimowość. Osobiście cenię ten film jako hołd dla bohatera, który wiedząc o tym, że już nigdy nie zazna spokoju, zdecydował się na bardzo dramatyczny krok. Do wściekłości doprowadza mnie to, w jaki sposób politycy próbują odwracać kota ogonem i w swych wypowiedziach nie odnoszą się do prawdziwości tego, co Snowden ujawnił, tylko czepiają się tego, że nie miał prawa tego robić. Nazywa się go zdrajcą, próbując maskować przestępczy proceder, co mi się w głowie nie mieści.

Snowden wart jest zobaczenia także ze względu na chyba najlepszą w karierze kreację Gordona-Levitta. Aktor i jego bohater to zupełnie różni pod względem fizycznym ludzie, a jednak na ekranie stapiają się w jedno. Zwykle nie lubię takich zabaw, ale tym razem nawet ja jestem pod wrażeniem, zwłaszcza, że to raczej nie zasługa kostiumu czy silnej charakteryzacji, a pracy jaką aktor wykonał, do perfekcji opanowując nie tylko gesty, ale nawet sposób mówienia postaci, którą gra. Jego Snowden jest zwykłym, szarym, do bólu przeciętnym chłopakiem, któremu przyzwoitość i patriotyzm kazały wplątać się w ogromną, międzynarodową aferę. Gdyby ta jedna rola była częścią nieco lepszego filmu, Oscar byłby już pewniakiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *