Śmierć Komandora (tom 1). Pojawia się idea, Haruki Murakami

Nie mogę napisać, że pierwsza część nowej obszernej powieści Murakamiego mi się nie podobała, bo to tak, jakbym napisała, że nie podobały mi się jego poprzednie wielkie dokonania powieściowe. Tak się bowiem złożyło, że Śmierć Komandora jest zlepkiem tego wszystkiego, co już tak dobrze znamy z Kroniki ptaka nakręcacza, 1Q84 czy nawet z Kafki nad morzem. Nie twierdzę, że jest to wada, bo kocham te książki. Ostrzegam tylko tych, którzy liczą na szokującą nowość, gdyż mogą poczuć się nieco rozczarowani. Jeśli dla kogoś nie liczy się tak bardzo powiew nowości i oryginalności, to wciąż może mieć mnóstwo radości z czytania Śmierci Komandora, która w końcu oferuje to, co japoński pisarz ma najlepszego do zaoferowania. Nagle świat zwalnia, my wraz z bohaterem znajdujemy się na życiowej bocznicy i zawieszeni w czasie, w jakimś odległym miejscu, przyglądamy się dobrze znanym rzeczom z nowej perspektywy.

I znów artysta przy pracy

Bohaterem powieści jest młody tokijski malarz, z powodzeniem zarabiający na życie jako autor portretów bogatych przedsiębiorców. Jego spokojne, stabilne i uporządkowane życie burzy nagle wiadomość, że żona, z którą jest od sześciu lat, postanawia się z nim rozwieść. Pod wpływem snu i zdrady, piękna Yuzu czuje przymus uwolnienia się od artysty, którego ten fakt dosłownie dewastuje. Bez wcześniejszego przygotowania, nasz bohater rusza w wielotygodniową podróż po japońskiej prowincji, którą kończy pobytem w górskim domu przyjaciela, który godzi się mu go tymczasowo wynająć. Ładnie się składa, że w domu mieszkał wcześniej ojciec przyjaciela, znany malarz, którego twórczość, ale i tajemniczy życiorys, mogą się stać inspiracją dla nieco więdnących sił twórczych świeżo upieczonego rozwodnika.

Spokojny, wręcz monotonny pobyt w górskiej samotni, przerywają nieliczne spotkania z ludźmi. Nasz malarz ma podczas pobyt dwie kochanki (poznane podczas warsztatów malarstwa jakie prowadzi w lokalnym ośrodku), a także zdobywa nowego przyjaciela, którym jest mieszkający na sąsiednim wzgórzu tajemniczy milioner zwany Menshiki (czyli ,,unikanie koloru”, brzmi znajomo?). Oprócz tego, że malarz ma wiele okazji do podziwiania bezbłędnego gustu, wyrafinowania i szczodrości Menshikiego, panowie próbują razem rozwikłać pewien supernaturalny precedens mający miejsce w zakopanej ziemiance za zapomnianą kapliczką. Wspólne przyglądanie się pracom ziemnym zbliży panów do siebie i uwikła malarza w dramatyczną intrygę rodzinną.

W międzyczasie mamy oczywiście to, co u Murakamiego najlepsze, czyli wiele opisów zwykłego, monotonnego życia (gotowanie, sprzątanie, spacery), medytację nad procesem twórczym i tajemniczymi źródełkami natchnienia w ludzkiej duszy, a także bezpruderyjne podejście do seksu, objawiające się w śmiałych opisach zbliżeń czy (i to pewno dla niektórych było tak gorszące) w dialogach malarza z pewną uroczą nastolatką, którą ciekawią penisy, a martwi rozmiar własnych piersi.

Wszystko za Murakamiego

Choć nieco mnie zdziwiło to, jak często autor powtarza tu motywy ze swoich poprzednich książek i tak jest to dla mnie najważniejsze wydarzenie czytelnicze tego roku. Brak nowych klocków nie robi na mnie wrażenia, bo naprawdę to, w co układają się już dobrze znane elementy, bardzo do mnie przemawia. Pośród tych postaci, malarza (kolejnego wcielenia Tengo z 1Q84, czy samego pisarza), Menshikiego (japońskiej wersji Wielkiego Gatsby’ego), tych wszystkich skomplikowanych młodych kobiet, wyrafinowanych starszych dam i tajemniczo głębokich nastolatek, czuję się naprawdę swojsko. Zresztą pisarz w nielicznych wypowiedziach, jakich udziela na temat swojej twórczości, nigdy nie ukrywał, ze zależy mu na pisaniu ciągle tej samej powieści, że ma w sobie ten jeden rodzaj opowieści i mu to nie przeszkadza. Mnie też nie przeszkadza.

Osobiście uważam japońskiego pisarza za uosobienie klasy i skromności (akcja z alternatywnym Noblem była genialna), i tacy też są najczęściej bohaterowie jego książek. W przypadku Śmierci Komandora dostajemy głównego bohatera, który uważa się za przyzwoitego rzemieślnika, któremu do szczęścia wystarczy odrobina spokoju i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Nasz malarz nie pcha się tam, gdzie wie, że nie pasuje, ma skromne wymagania, jego styl życia, czyli poprzestawanie na małym, zdaje się sprawiać mu wiele satysfakcji. Mindfulness na całego moi drodzy. Oczywiście dla równowagi mamy też Menshikiego (tak jak Cynamona, źródło niesłychanego wyrafinowania), ale przecież od razu wiadomo, po czyjej stronie jest nasze czytelnicze serce.

Muszę przyznać, że podobają mi się tu również elementy realizmu magicznego i cóż że znowu wyruszamy do podświadomości poprzez dziurę w ziemi? Mnie tam taka metafora wcale nie przeszkadza i lubię świadomość, że wraz z autorem przy każdej powieści zgłębiam ją jeszcze intensywniej. Jaskinie, tunele, ziemianki i stare studnie, a do tego małe domki na górskim odludziu, to jest najlepszy klimat by w kryzysie wszystko sobie dobrze przemyśleć.

Niektórzy skarżą się przy okazji lektury tej powieści na nudę, ale widać, że chyba nie przebrnęli nigdy przez Kronikę ptaka nakręcacza. Ta powieść nie jest wcale nudna czy męcząca, tylko skłania do medytacji (szczególnie opisy posiłków i organizacji domostwa), a przynajmniej na mnie tak działa. Jestem bardzo ciekawa, w którą stronę rozwinie się ta fabuła i czy druga część bezie bardziej dynamiczna, czy równie refleksyjna. Coś czuję, że jednak będzie się działo, szczególnie między malarzem a uroczą nastolatką.

Być jak powieściowy bohatera

Moją jedyną życiową ambicją jest bycie jak bohaterowie powieści Murakamiego i od lat dostrajam się właśnie do tej prozy. Z wielką satysfakcją czytałam Śmierć Komandora, przebywając teraz w niemal identycznych warunkach jak bohater książki. Siedzę sobie w górach na totalnym odludziu, dnie wypełniają mi prozaiczne czynności kuchenno-domowe, które celebruję w spokoju, raz w tygodniu zjeżdżam do cywilizacji po uzupełnienie zapasów, widują się tylko z niewielką garstkę ludzi, oczywiście jedynie z tymi, z którymi chcę i którym chce się wdrapać tu do nas na górę. Reszta to ,,medytacja” nad życiem, poprawą stanu zdrowia i psychiki oraz oczywiście pisanie (gdy już najdzie mnie ochota). Odkąd lata temu przeczytałam, a raczej przesłuchałam pierwszą powieść Murakamiego, wiedziałam, że chcę takiego życia i teraz je mam. Przyznam, że czasem było mi aż dziwnie czytać o studniach i zasypanych ziemiankach, bo za domem mam dokładnie coś takiego. Podobnie jest ze zmianami pór roku i licznymi drobiazgami typu widok gwiazd na niebie czy obecność zwierząt, których w mieście nie miałam szansy dostrzec. Strzeżcie się, bo jeszcze trochę i poczuję gotowość do pracy twórczej i jakąś powieść napiszę czy obraz wymaluję :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *