O czym mówię, kiedy mówię o blogowaniu, czyli ile zawdzięczam Murakamiemu

Nagrałam wczoraj filmik, który ma być zachętą do zapoznania się z książkami, które zdradzają nieco więcej o warsztacie pisarskim i samej osobie wybitnego japońskiego prozaika. Za tydzień ukaże się kolejna pozycja, którą każdy wielbiciel prozy Murakamiego powinien mieć, gdyż Zawód: powieściopisarz ma być zbiorem esejów, które napisał nasz ulubiony autor o swojej pracy. Ten tom na pewno stanie na mojej półce obok trzech innych książek, o których mówię na YT, czyli obok O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Haruki Murakami i muzyka słów oraz obok Haruki Murakami i jego Tokio. Każda z tych pozycji jest ważna i niezbędna, jeśli chce się w pełni zrozumieć, z czym mamy do czynienia, ale pierwsza z nich zajmuje w mojej wyobraźni miejsce niezwykłe i to jej poświęcę dzisiejszy wpis (choć już wcześniej była o niej notka na Szczerych Recenzjach, to czuję, że nie powiedziałam o niej wszystkiego, co dla mnie istotne).

Jako bloger i biegacz…

„Czasem – kiedy mam taką ochotę – biegnę szybko, ale jeśli przyspieszam kroku, skracam czas biegania, bo chodzi o to, żeby radość, jaką odczuwam na końcu każdego biegu, przetrwała do dnia następnego. Tę samą taktykę stosuję, gdy piszę powieść. Każdego dnia przerywam w miejscu, w którym wiem, że mógłbym pisać dalej. Spróbujcie tego, a praca pójdzie wam kolejnego dnia zaskakująco łatwo”.

Myślę o tych słowach od lat, zarówno podczas codziennego zasiadania nad klawiaturą, jak i podczas mozolnego wydeptywania ścieżek podczas biegania. Tak jak dla japońskiego pisarza, aktywność fizyczna jest dla mnie koniecznością, bo bez niej znacznie ciężej byłoby mi wdrożyć się w twórczą dłubaninę. Pewnie już o tym wspominałam, ale pisanie nie jest dla mnie łatwą rzeczą (nie tylko z powodu dysleksji), za to bieganie to już coś niemal niemożliwego, coś, co uważam za swoją własną supermoc. To od fizycznego bólu, potu i pieczeniu w płucach zaczęła się moja praca nad sobą, nad zmianą leniwej kanapowej kluchy w kogoś, kto chce od życia więcej niż tylko praca na etacie i święty spokój. Od pierwszego razu, czyli od upokarzającego marszobiegu, zrozumiałam, że jeśli mogę robić coś tak niesamowitego (trudnego i bolesnego) jak bieganie, to mogę już absolutnie wszystko. Zawsze staram się także stosować do wskazówki Murakamiego, dotyczącej znajdowania radości i przerywania tam, gdzie można zacząć następnego dnia. Nie powiem, żeby pisanie szło mi kiedykolwiek ,,zaskakująco łatwo”, ale byłoby zdecydowanie trudniej, gdybym nie stosowała tej techniki, tego jestem pewna. W przypadku niektórych ułomności, liczy się każda możliwa pomoc i każdy trik.

Długie dystanse to stan umysłu

„Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm. To ważne przy długoterminowych przedsięwzięciach”.

Japoński prozaik jest szalenie skromną osobą (co widać zwłaszcza gdy porówna się jego książkę o sobie i bieganiu z książką Jay’a Rubina Haruki Murakami i muzyka słów) gdyż na każdym kroku podkreśla, że nie dysponuje szczególnym talentem (w ogóle czyta go tylko kilka osób, a ona sam ma nieciekawy charakter :), a swoje powodzenie zawdzięcza głównie wytrwałości i zdolności skupiania uwagi. O swoich atletycznych możliwościach także wypowiada się bez entuzjazmu, podkreślając wręcz liczne porażki i niedociągnięcia. Choć wiem, że na pewno przesadza, podoba mi się taka postawa. W ogóle to dla mnie samej bardzo dziwne, że akurat z japońskim pisarzem tak silnie się utożsamiam. Też nie mam szczególnego talentu, ani do pisania, ani do wyczynów sportowych. To, że jestem w stanie robić jedno i drugie zawdzięczam wspomnianemu w cytacie rytmowi, z którego lepiej nie wypaść. Trudno jest mi pisać, zdając sobie sprawę z własnej dyslektycznej nieudolności, a jednocześnie wiedząc, że już dziesiątki innych osób napisały coś na ten temat. Robię to jednak od sześciu lat niemal codziennie, bo łatwiej jest mi wtedy nie wypaść z rytmu. Czasem myślę, że byłoby lepiej dla mnie i czytelników bloga, gdybym pisała rzadziej, ale znając siebie, jestem w stanie przewidzieć, że ograniczając się do na przykład jednego wpisu w tygodniu, nie napisałabym żadnego. Trzeba się po prostu pilnować, żeby nie odwyknąć.

Z bieganiem i rytmem sprawa ma się podobnie. Haruki Murakami robi sobie tylko jeden dzień przerwy w tygodniu. Pisze, że stara się nigdy nie robić więcej niż dwóch dób przerwy od wysiłku, żeby nie stracić rytmu. Robię podobnie i choć nogi nie są mi za to wdzięczne, mam za to spokojną głowę. Gdy już się postanowi, że codzienny wysiłek jest nieunikniony, nie trzeba więcej o tym myśleć i rusza się w trasę na autopilocie.

Mój japoński idol biega średnio 10 km dziennie codziennie i kiedyś też myślałam, że tak powinnam. Nie przewidziałam tego, że mogę się w ten sposób dorobić tylko kontuzji. Odsłuchując audiobooka z Kafką nad morzem, przemierzałam kilometry szosy (czasem o bardzo dziwnych porach), przez co zatraciłam mój własny rytm i rozregulowałam całość, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Tak jak mój mózg nie jest stworzony do pisania (a jednak to robię), tak ciało nie nadaje się do biegania. Nawet pan Murakami, dość już dojrzały mężczyzna o mikrej jak na standardy europejskie posturze, nadaje się do tego znacznie lepiej. Nie wdając się w szczegóły za długich kończyn, punktów ciężkości czy krzywizny nóg, przytoczę może tylko słowa jednego z moich byłych uczniów, który twierdził, że „biegnąc, poruszam się bardziej na boki niż do przodu” :) Tak to właśnie wygląda i nic z tym nie zrobię. Mimo porad ortopedy nadal nie przesiadłam się na rower, tylko drepczę po żwirze, ziemi i asfalcie, bo to nadaje życiu rytm i pomaga ćwiczyć się w codziennej dyscyplinie.

Motywacja

„Mam bardzo niewiele powodów, żeby biegać, więc muszę starannie je pielęgnować, i mnóstwo takich, żeby nie biegać”.

Pielęgnowanie tych kilku powodów by się ruszyć z domu i wyjść na upał lub przejmujący mróz, to rzeczywiście sprawa kluczowa. Murakami myśli przy tej okazji o tym, że siła fizyczna równoważy wszystkie toksyny, jakie wydobywają się z jego podświadomości podczas pracy twórczej. Ważne jest także to, że na rozwój talentu pisarskiego potrzeba lat i by móc ofiarować czytelnikom jeszcze wiele swoich opowieści, zwyczajnie musi długo żyć, na co aktywność fizyczna i dobra dieta są najprostszym sposobem. No i nie zapomnijmy o poczuciu wdzięczności. Dobrze być pisarzem, bo nie trzeba przynajmniej wstawać rano do pracy i cisnąć się w metrze z tysiącami innych nieszczęśliwych salary manów. Jeśli ceną za to jest godzina wysiłku fizycznego codziennie, pisarz jest gotowy ją zapłacić. Mam bardzo podobnie. Od lat starannie pielęgnuję powody, zarówno do tego by się ruszyć z kanapy (i dostarczyć trochę rozrywki przechodniom w parku), jak i by zasiąść do klawiatury. By biegać wystarczy pomyśleć o wszystkich dolegliwościach fizycznych, które mnie dopadają, gdy tego nie robię (nie uśmiecha mi się posiadanie nadwagi, rozstrój hormonalny czy deprecha), a by pisać, myśl o tym co jest alternatywą, czyli o byciu częścią polskiego systemu oświaty. Tak długo jak prowadzenie bloga strzeże mnie przed powrotem do pracy nauczycielki, będę to robić.

I o tym właśnie myślę, kiedy mówię o bieganiu i blogowaniu. Mam nadzieję, że nie przeszkadza nikomu to, że od czasu do czasu napisze coś takiego, bardziej osobistego w tonie. Zachęcam do czytania Murakamiego, zarówno nowości, jak i nieco starszych powieści i opowiadań. W końcu za każdym razem to zupełnie inna lektura. A biegaczom polecam słuchanie audiobooków (taki na przykład maraton z Kroniką ptaka nakręcacza) podczas biegania, bo uśmierzają ból i wprowadzają w stan medytacji.


Najnowsza książka Harukiego Murakamiego Zawód: powieściopisarz ukaże się 16 sierpnia nakładem Wydawnictwa Muza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *