Śmierć Komandora (tom 2). Metafora się zmienia, Haruki Murakami

Osoby czytające mojego bloga dość regularnie wiedzą, że zawsze chwalę to, co napisze Murakami, a na jego kolejne książki czekam z największym napięciem i radością z przyszłej lektury. Czytam powieści japońskiego autora po kilka razy, bez końca słucham też audiobooków, jednym słowem jestem największą fanką. Tym razem jednak nawet ja miałam momentami dosyć. Owszem, to wciąż ten sam znakomity styl, ta sama magiczna atmosfera i urzekające opisy codzienności, ale też ci sami bohaterowie, te same rozmowy (w kółko i w kółko), no i to samo chodzenie na skróty gdy głębia narracyjna stanie się tak głęboka (metaforyczna!), że już nie wiadomo co z tym gąszczem znaczeń zrobić. Liczyłam na coś więcej, ale nie zrozumcie mnie źle, gdyż czytanie Śmierci Komandora to i tak najlepsza rozrywka jaką miałam w tym roku. W końcu to Murakami, choć powtarzający sam siebie w dwutomowym koncercie złotych przebojów ostatnich dekad swej spektakularnej kariery pisarskiej.

Portrecista siedzi & myśli

W drugim tomie Śmierci Komandora dostajemy podobny materiał literacki co w pierwszym, dodatkowo ze sporą domieszką wątku wędrowania w metaforycznych zaświatach/krainie idei czy tam innej rzeczywistości rodem z Kafki nad morzem. Wszystko to już dobrze znamy, lubimy, ale też czasem się nudzimy.

Nasz sympatyczny malarz portretów pracuje nadal nad wizerunkiem trzynastoletniej Marie, prawdopodobnie córki swego sąsiada Menshikiego, która z niewiadomych przyczyn przy każdej sposobności rozmawia z nim o szczegółach swego dojrzewania płciowego. Przez większość czasu siedzimy sobie z bohaterami w górach, poruszając się jedynie w obrębie dwóch domów i jednego tajemniczego dołu w ziemi. Rozwodzący się właśnie portrecista snuje rozważania na różne tematy, między innymi duma nad przyczynami rozpadu swego związku i tajemniczą ciążą żony, nad naturą swoich nowych obrazów, które zamiast pokazywać kto na nich jest, pozwalają postacią tylko ledwie się z nich wyłaniać, nad zagadkową przeszłością malarza, którego dom teraz zajmuje i który namalował Śmierć Komandora, oraz wreszcie, nad poczynaniami samych bohaterów tegoż malunku, ożywających i odwiedzających go w najmniej odpowiednich chwilach. Bardzo dużo jego uwagi przypada także na zjawiska, które widać tak samo jak na Murakamiego, działają terapeutycznie na jego czytelników. Mowa tu oczywiście o opisach prozaicznych czynności typu przygotowanie posiłku, robienie zakupów czy sprzątanie. No i oczywiście jest sporo o ubraniach sąsiadów naszego portrecisty, Menshikiego i ciotki Marie, które są (a jakże!) szczytem wyrafinowania i estetyczną ucztą dla każdego kto patrzy. No i tyle moi państwo.

Już prawie się coś działo

Błogi spokój górskiego zacisza dwa razy przerywają wydarzenia potencjalnie przełomowe, obiecujące czytelnikom większe emocje niż te, które towarzyszyły nam przy np. robieniu przez Menshikiego omleta (swoją drogą chętnie bym to zobaczyła, najlepiej na jego autorskim kanale na YT). Pierwszym z nich jest nagłe zaginięcie nastoletniej Marie, która po prostu wychodzi do szkoły i ulatania się jak kamfora na kilka dni. I gdy już sobie człowiek myśli, że porwały ją tajemnicze stwory z obrazu (czy inne Little People) albo, że potencjalny tatuś okazał się porywaczem i dewiantem, trzymającym dziewczynkę w złowrogim dole niczym w Milczeniu owiec, to jednak nic z tego. Urocza Marie zwyczajnie włamała się do sąsiada i utknęła, zmuszona ukrywać się w składziku przy pralni przez weekend. Ale przygoda! Czemu to miało służyć i co z tego wynikło? Nie wiadomo.

Drugi ważny moment to wędrówka portrecisty po metaforycznych zaświatach, którą umożliwia tytułowa śmierć komandora. Jest to niestety tylko słaby cień zabicia Johnny’ego Walkera przez pana Nakatę i późniejszej wędrówki młodego Kafki przez las własnej podświadomości.

To wszystko to jednak nic w porównaniu z rozczarowującym finałem. Przez setki stron Murakami starał się budować jakieś napięcie, plątał wątki, komplikował osobowości swoich postaci, tylko po to, by zamknąć całość w kilku anemicznych zdaniach. Nie doczekaliśmy się odpowiedzi, tajemnice pozostają tajemnicami, a najgorsze jest to, że w sumie na koniec już nas to niewiele obchodzi. Dlaczego postaci z obrazu przychodziły do portrecisty? Jakim cudem doszło do niepokalanego poczęcia jego żony? Gdzie właściwie przebywał nasz bohater gdy zniknął ze szpitala? No i co jest nie teges z Menshikim? Tego się nie dowiemy, ale do tego, że Murakami nie udziale konkretnych odpowiedzi już przywykliśmy. Gorzej jeśli chodzi o to, że tym razem poszedł na prawdziwą łatwiznę, zaklajstrował luki fabularne powtórkami z siebie samego i jeszcze udaje przy tym tajemniczego i głębokiego twórcę.

A może się mylę… Może tylko mnie się nie podoba, bo zwyczajnie nastąpił u mnie przesyt Murakamim po tym, jak całe lato słuchałam Kroniki ptaka nakręcacza? Przyznam, że jakoś mi przykro po tej lekturze, bo oczekiwania miałam ogromne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *