Sils Maria

Film nie jest już świeżynką, ale muszę koniecznie o nim napisać, ponieważ już dawno nic mnie tak nie uszkodziło. Sils Maria to dzieło tak pretensjonalne, że aż zęby bolą. Fabuła jest dziwaczna i kiczowata, aktorzy drętwi, krajobrazy mdłe, a całość sprawia wrażenia jakby to nakręcili w późnych latach osiemdziesiątych. Dotrwałam do końca tylko ze względu na Juliette Binoche, choć i jej kreacja nie zachwyca. Obnażono w Sils Maria wszelkie niedostatki jej warsztatu, ale także i fizyczności. Sprawić by Binoche, najpiękniejsza kobieta na świecie, wypadła brzydko i żałośnie – o to już trzeba bardzo się postarać. Olivierowi Assayasowi jednak się udało.

Jakie to wszystko pokręcone!

Nie jest mi łatwo streścić w jakikolwiek sposób o czym to właściwie jest, ale skupię się mocno i spróbuję. Otóż mamy światowej klasy aktorkę, Marię Enders (Binoche w roli samej siebie), która jedzie na ważną galę, odebrać nagrodę w imieniu niemieckiego reżysera, który ją praktycznie stworzył. Niestety maesto Melchior umiera, a Maria, zaraz po odebraniu nagrody, zaszywa się w jego domku w Alpach. Jej żałoba nie trwa długo, ponieważ szybko otrzymuje bardzo ciekawą propozycję od kolejnego niemieckiego twórcy, który chce ją obsadzić w czymś, w czym już grała 20 lat wcześniej. U początków swej kariery zmarły Melchior obsadził ją w sztuce, a potem w filmie pt. Majola Snake. Grała w nim młodą dziewczynę, którą uwodzi starsza szefowa. Tym razem aktorka ma się wcielić w starszą połowę tego romansu, a jej młodszą wersję zagra popularna odtwórczyni super bohaterek w sci-fi dla młodzieży, Jo-Ann Ellis (Chloë Grace Moretz, też trochę jako ona sama). Maria bierze się ochoczo do roboty, zaszywa w Alpach i ćwiczy rolę, która staje się dla niej rodzajem psychoanalizy. I tu trzeba wspomnieć o jej asystentce.

W malowniczym domku wśród gór przebywa z Marią jej asystentka Valentine (Kristen Stewart), która pomaga pracodawczyni we wszytkim, także w ćwiczeniu kwestii do nowej wersji spektaklu Majola Snake. Przez rodzącą się między tymi dwoma kobietami zażyłość, pewien rodzaj fascynacji i przeglądanie się Marii w Valentine jak w lustrze pokazującym przeszłość, sztuka zaczyna odbijać się w życiu. I w teatrze i w rzeczywistości toczy się potyczka młodego z dojrzałym, doświadczenia z niewinnością i tak dalej.

Do tego wszystkiego należy dodać liczne komentarze na tema współczesnych mechanizmów rządzących show biznesem oraz kpiny z plotkarskich serwisów i oto otrzymujemy film, na którym mało kto dotrwa do samego końca, a już na pewno nieliczni obejrzą go drugi raz.

Juliette Binoche i Kristen Stewart
Juliette Binoche i Kristen Stewart

Strach się bać

Jeśli Stewart i Moretz są przyszłością amerykańskiego kina, to chyba niedługo przestanę oglądać filmy z udziałem ich i im podobnych tworów. Patrzenie na nie jest torturą dla oczu i zupełnie nie rozumiem, jak ktoś może sądzić, że Stewart przyćmiła tu samą Binoche. Fakt, francuska aktorka gra tu jakoś dziwnie, nieswojo, jakby była zażenowana i spanikowana, ale kto by nie był biorąc udział w takim projekcie. W dodatku ma do wygłaszania banalne kwestie, a wybrane dla niej kreacje bez litości obnażają defekty figury. Po minie widać, że wiedziała jak wypadnie i wcale jej się to nie podobało. To jednak nic, bo przy Stewart i tak promienieje. Nowa gwiazda aktorstwa ma tu tę samą, co zwykle, minę naburmuszonej nastolatki, którą ktoś odesłał do kąta, która momentami tylko przechodzi w wyraz pod tytułem ,,zaraz zwymiotuję”. Na razie, póki warunki pozwalają, jest ciągle obsadzana w rolach młodych, zbuntowanych, zadziornych kobiet i radzi sobie słabo, a co będzie potem? Strach się bać! Czy nie ma już żadnych dobrych, młodych aktorek?

No i mamy jeszcze totalną porażkę w osobie panny Moretz. Dziewczyna gra ostatnio wszędzie i podejrzewam, że ma po prostu bogatych rodziców, którzy kupują jej role, bo to przecież niemożliwe, by ktoś uważał, że nadaje się do aktorstwa. Czy może tylko ja nie mogę patrzeć na tego bladego trolla z odstającymi uszami i tępym wyrazem twarzy, który nie jest w stanie oddać bardziej złożonych emocji?

Chloë Grace Moretz
Chloë Grace Moretz

Jedna dobra scena

Jeśli już postanowicie zepsuć sobie wieczór wynudzając się na Sils Maria, to spróbujcie się ocknąć z drzemki na scenę rozmowy po dziwnym kinowym seansie Marii i Valentine. Aktorka i jej asystentka wybrały się na sci-fi dla młodzieży (jakaś głupota o statku kosmicznym i mutantach), żeby Maria na własne oczy się przekonała, jak dobrze gra Jo-Ann. Po filmie odbywa się fantastyczny dialog, w którym Maria nabija się z tego rodzaju produkcji i aktorstwa, a Valentine zaciekle ich broni. To jedyny moment, ta wybuchająca śmiechem doświadczona artystka i speszona asystentka szukająca głębi tam, gdzie nie mogło jej być, czyli w twarzy Chloë Grace Moretz, w którym Binoche pokazuje na co ją stać. Przy okazji poprawia nieco samopoczucie zmasakrowanych pretensjonalnością filmu widzów.

A jakby ktoś miał jakiś pomysł na to, dlaczego, gdy dziewczyny się kąpią to starsza i tęższa Binoche się rozbiera do rosołu, a Stewart nie całkiem, to coś napisze.

Jedna myśl na temat “Sils Maria

  • Styczeń 21, 2015 o 10:39 pm
    Permalink

    Autorka recenzji, zamiast skupić się na treści filmu, zieje jakąś dziwną nienawiścią do wyglądu młodych aktorek (jakby miały jakikolwiek wpływ na to jak wyglądają) i ma pretensje, że ktoś odważył się pokazać Binoche brzydko. Naprawdę, proszę głębiej się zastanowić nad wymową filmu to i scena z gołą Binoche nabierze sensu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *