Birdman

Pewno będzie, że się nie znam i ogólnie idiotka ze mnie, ale i tak napiszę, że mnie się nie podobało. Gdyby Birdman leciał w telewizji w piątkowy wieczór, to przełączyłabym na inny kanał już na pierwszych reklamach, tak mnie ten firm znudził i zirytował jednocześnie. Nie przemawia do mnie ani wielopłaszczyznowość tej opowieści, ani aktorstwo, a już na pewno nie muzyka. Dłubanie sobie w oku zardzewiałym widelcem byłoby przyjemniejsze niż słuchanie popisów perkusisty w tym filmie, które nijak się miały do rozgrywającej się na ekranie akcji, ale chyba ,,korzystnie” współgrały z bełkotliwymi monologami broadwayowskich aktorów, którzy są bohaterami Birdmana. Za nic w świecie nie obejrzałabym tego drugi raz.

Rozdwojenie Michaela Keatona

Nowy film Alejandro Gonzáleza Iñárritu skupia się na postaci starzejącego się aktora w kryzysie, Riggana Thompsona (Michael Keaton), który niegdyś wcielał się w postać kultowego człowieka ptaka, czyli właśnie Birdmana. Riggana z Keatonem łączy wiele i to jest chyba główna atrakcja tego projektu. Obaj najlepsze lata mają za sobą i obu gra skrzydlatego bohatera (tym, którzy mogą nie pamiętać, donoszę, że Keaton był kiedyś Batmanem) najwyraźniej nie usatysfakcjonowała. Riggan pragnie osiągnąć w życiu owo słynne ,,coś więcej”, zostawić po sobie ślad, zapisać się w pamięci potomnych. Kluczem do tego ma być realizowany przez niego projekt broadwayowski. Hollywoodzki aktor staje się aktorem ambitnym i z wyższej półki (a przynajmniej taką ma nadzieję) biorąc się za reżyserię i produkcję adaptacji opowiadania Raymonda Carvera O czym mówimy kiedy mówimy o miłości, w której to gra również jedną z głównych ról. Ambitna kreacja ma potwierdzić w oczach krytyki, rodziny i samego Riggana, że stać go na więcej niż wcielanie się w superbohatera w komercyjnym (ale nie artystycznym) hicie.

Cały film jest zapisem zmagań głównego bohatera, który, pozostając na skraju załamania nerwowego, a właściwie to już poza tym skrajem, stara się nie dopuścić do totalnej katastrofy przedstawienia, na którą wskazują kolejne prapremiery. Nie jest łatwo, ponieważ jakoś nikt nie chce współpracować. Nowo zatrudniony gwiazdor Mike (Edward Norton), absurdalnie uzdolniony pupilek publiczności (Norton grający samego siebie), sabotuje na scenie wysiłki aktorskiej ekipy, ciągle wyskakując z czymś nowym. W dodatku w teatrze zdarzają się dziwne wypadki, dziewczyna Riggana oznajmia, że jest w ciąży, zaczyna brakować kasy, a asystująca przy pracy córka aktora ewidentnie powraca do nieodpowiednich zachowań i narkotykowego nałogu. Trochę tego za dużo i nic dziwnego, że nieszczęsny niespełniony artysta zaczyna świrować. Szybko orientujemy się, że ma on poważne zaburzenia, a głos który słyszymy jest głosem filmowego ptasiora, czyli jego alter ego.

Michael Keaton

Rozdwojenie jaźni Riggana to tylko jedno z wielu jego oblicz. Miota się w nim także chęć łatwego zarobku (Birdman) z potrzebą wykazania się (Carver). Rozsądny producent spektaklu z szalonym i nieodpowiedzialnym artystą. Najbardziej chyba przypadł mi do gustu Riggan jako widz, który podziwia aktorstwo Mike’a, ale jednocześnie jako reżyser ma ochotę go udusić gołymi rękami i nawet podejmuje taką próbę. Najwięcej napięcia generuje jednak aktor grający aktora, czyli Keaton grający Riggana, bo nigdy nie wiadomo czy opowiadając o sobie i kondycji współczesnego show biznesu, mówi prawdę czy gra. Zapewne to tak urzekło krytyków, a dla mnie pozostało takim sobie dodatkiem do nieciekawej fabuły. Jakoś się nie podniecam metaopowieściami, teatr w teatrze, czy raczej film w teatrze nie jest dla mnie żadną atrakcją, ale rozumiem, że amerykańska publiczność mogła się zachwycać fabułą ukazującą kulisy pracy w dwóch kultowych miejscach, czyli Hollywood i Broadway’u.

Irytujące postacie w surrealistycznym sosie

Maniera z jaką wszystkie postaci się tu zachowują jest dla mnie nie do zniesienia. Niby mamy ciekawych, kulturalnych ludzi, a jednak wszyscy się tylko przekrzykują, obrażają, wygadują spontaniczne brednie, jakby grali w czymś co nie ma nawet scenariusza. Nawet Norton wypada karykaturalnie, ale nie w śmieszny, tylko jakiś taki żałosny sposób (Birdman to podobno komedia, ale nie rozumiem dlaczego). Nie przekonuje mnie ani Keaton (który jest tak zdesperowany, że nawet zgodził się ganiać w gatkach), ani nijaka Naomi Watts. No i już na pewno nie Emma Stone, która wygląda jakby się urwała z planu Wielkich oczu.

Michael Keaton i Edward Norton

Fabuła byłaby jeszcze do zniesienia gdyby nie ten surrealizm i montażowe popisy. Za dużo tych atrakcji do ogarnięcia, przez co powstaje chaos (albo to tylko ja nie ogarniam, bo reszta widzów jak widzę jest zachwycona). Trudno mi wczuć się w sytuację postaci, która za chwilę może odlecieć lub cały czas konwersuje z fikcyjnym kolegą, w dodatku w taki mało sympatyczny sposób.

Jedyną postacią, która się wyróżnia w całym tym chaosie jest krytyczka teatralna Tabitha (Lindsay Duncan). W pełni zgadzam się z poglądami tej pani na temat hollywoodzkich celebrytów próbujących sił w czymś ambitniejszym. Nie chodzi mi oczywiście o Carvera, ale o Birdmana.

8 myśli na temat “Birdman

  • Styczeń 21, 2015 o 10:08 am
    Permalink

    Zgadzam sie z recenzją. Coś w filmie nie gra, niby wszystko na swoim miejscu ale za dużo tu sztucznych dialogów, emocji których nie ma i wydumanych problemów. Film zrobiony dla nagród. Taki biznes :)

    Odpowiedz
  • Luty 2, 2015 o 2:14 pm
    Permalink

    Uwielbiam Twój styl pisania. Recenzja sprawiedliwa, myślałam, że nie wysiedzę w kinie, co za kicha!!

    Odpowiedz
    • Luty 2, 2015 o 2:19 pm
      Permalink

      No kicha. A jak jeszcze ostatnio w Tygodniku Kulturalnym usłyszałam, że to wspaniały film, w którym każdy odnajdzie siebie, to pomyślałam, że chyba inne coś obejrzałam. Dziwna sprawa:)

      Odpowiedz
  • Luty 3, 2015 o 10:36 am
    Permalink

    Byłabym zdziwona jakby dostał choćby jednego Oscara…
    Lubię czytać Twojego bloga, czytam, ale mało się udzielam, może rozważylabyś taki cykl w stylu „

    Odpowiedz
  • Luty 3, 2015 o 10:39 am
    Permalink

    Byłabym zdziwona jakby dostał choćby jednego Oscara…
    Może rozważylabyś taki cykl w stylu:”Moje prywatne Oscary”, w końcu to tylko raz do roku ;) Chyba, że nie widziałaś wszystkich filmów nominowanych przez Akademię… Ja jeszcze czekam na „Dziką Drogę” :)

    Odpowiedz
    • Luty 3, 2015 o 12:22 pm
      Permalink

      Jeszcze wszystkiego nie widziałam, ale może zdążę. To bardzo ciekawy pomysł:)

      Odpowiedz
  • Luty 5, 2015 o 9:39 am
    Permalink

    „adaptacji opowiadania Raymonda Chandlera O czym mówimy kiedy mówimy o miłości”. Raymonda Carvera. Chandler to zupełnie inny pisarz.

    Muzyka raczej dla miłośników jazzu (free jazzu, nie smooth jazzu). Mnie urzekła od samego początku. Nadawała świetny rytm.

    Co do aktorstwa, to nie przekonywał mnie tylko Keaton na scenie, ale to chyba było zamierzone, bo podczas swojego ostatniego występu wypadł zdecydowanie lepiej – jakby wreszcie zrozumiał wystawianą przez siebie sztukę.

    Ja bym sklasyfikował ten film jako komediodramat. Śmiałem się wielokrotnie, ale przekaz jest poważniejszy. „Birdman” to sztuka o sztuce, ale też o potrzebie miłości, co zostało zasygnalizowane na początku i osiągnięte na końcu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *