Carrie

Do niedawna jedyną Carrie jaką kojarzyłam była Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście, ale skoro w filmie zagrała Julianne Moore uznałam, że rzecz jest warta poświęcenia jej większej uwagi. Przed wybraniem się do kina nawet się przygotowałam oglądając wersję przeboju Kinga w reżyserii De Palmy z 1976 roku i przyznam się, że film mnie oczarował. Niestety o współczesnej wersji stworzonej przez Kimberly Pierce nie mogę powiedzieć tego samego.
Od pierwszych scen nowej Carrie widać, że za reżyserię wzięła się kobieta, która postanowiła odświeżyć historię, nadając jej nowy ton. Podejrzewam, że chodziło o położenie szczególnego nacisku na kobiecy wymiar tragedii nastoletniej panny White i jej matki, co niestety się nie udało. Owszem, przez moment nawet współczujemy szalonej fanatyczce religijnej (że musi rodzić w bólach i wychowywać owoc grzechu z wyraźną szkodą dla swoich zdolności intelektualnych) i jej tłamszonej, sfrustrowanej córeczce, jednak całe warstwy sztucznych dialogów, fałszu i tandety przejawiającej się w każdym aspekcie tej produkcji, skutecznie tłumią wszelkie emocje i głębszą refleksję. Nowa Carrie przypomina jeden z tych tandetnych seriali dla młodzieży w stylu Plotkary czy Pamiętników wampirów, w których wszystko jest schematyczne, naiwne, a nastoletni aktorzy pod warstwą pomarańczowego pudru próbują w spazmach oddać twarzą jakieś autentyczne odczucia, co im się zazwyczaj nie udaje.

Wersja De Palmy, już od pierwszej pamiętnej sceny w szatni, kryła w sobie ogromne pokłady nastoletniego rozwibrowanego erotyzmu. Efekt niesamowitości uzyskano właśnie poprzez zderzenie naturalności i żywiołowości nastolatków z żywiołem śmierci ścinającym ich przedwcześnie. Oczywiście główną atrakcją była niesamowita Sissy Spacek, dziewczyna o niewinnej i trochę kosmicznej urodzie (oblana krwią wyglądała jak prawdziwy obcy), której niestety grająca w nowej wersji Chloë Grace Moretz do pięt nie dorasta. Patrzenie na niewinną twarz Spacek było ucztą dla zmysłów, a od patrzenia na Moretz aż bolą zęby (dziewczyna naprawdę nie wie co robić z ta króliczą buzią). Właściwie wszelkie porównania prowadzą do tego, że starszy film jest nawet po latach znacznie lepszy (nawet pomimo olbrzymiej ilości puszących się włosów w każdym kadrze). Matka była bardziej demoniczna, Carrie bardziej niewinna, a uczniowie liceum bardziej wkurzający (szczególnie postać grana przez Travoltę). Nie ratuje sytuacji nawet posągowa uroda i talent Julianne Moore, która co prawda ma dar do grania upiornych matek i tutaj przegryza się nawet na wolność przez paździerz drzwi, jednak poległa zupełnie w starciu ze swoją starszą odpowiedniczką.

Tylko dwie kreacje, i to wcale nie główne, na chwilę mnie ożywiły podczas seansu. Pierwszą jest Chris, czyli Portia Doubleday grająca główną prześladowczynię Carrie. Aktorka z niej żadna, ale za to super śmiesznie wypada w wersji solary-pomarańczki. Drugą jest oczywiście świnka (i piszę to z zupełną powagą), która w fabule oddaje życie i krew dla szczeniackiego żartu. To jedyny straszny moment w tym niby dreszczowcu (jeśli nie liczyć zbliżeń na tragiczne włosy pobożnej mamuśki). Przyznam szczerze, nie żal mi uczniów, nie żal nauczycieli! Tylko świnki mi żal!

Zachęcam może nie do pójścia do kina, ale chociaż do obejrzenia wersji Carrie z 1976 roku. Historia jest naprawdę uniwersalna. Biedna wrażliwa jednostka, naciskana z każdej strony w końcu nie wytrzymuje i rozpętuje piekło (jest to taki trochę negatyw Musimy porozmawiać o Kevinie). Jako osoba, która spędziła pół dekady w szkole z nastolatkami zapewniam, że ani stara, ani nowa wersja Carrie nie odbiegają znacznie od tego, co się dzieje naprawdę w liceach. Patrzmy na to jak na rodzaj dokumentu, a nie fikcji. Telekineza czy burza hormonów – nie ma to aż takiego znaczenia. Obie te siły mogą być apokaliptycznie niszczycielskie jeśli chodzi o sadystyczne środowisko korytarzowej szkolnej dżungli.

2 thoughts on “Carrie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *