Z serii „obejrzane przy jednym posiedzeniu”, czyli o 4. serii Peaky Blinders

W serialowym światku od dawna wiadomo kto stoi najwyżej w hierarchii, kto jest szefem wszystkich szefów, największym zakapiorem na dzielnicy i najgenialniejszym strategiem od czasów Napoleona. Po amerykańskiej stronie królem jest oczywiście Nucky Thompson, a po brytyjskiej, już czwarty sezon rządzi Tommy Shelby. Obu panów łączy potężny intelekt (odwrotnie proporcjonalny do niepozornej postawy) i ogromna determinacja we wspinaniu się po trupach do celu, czyli na sam szczyt gangsterskiej drabiny społecznej. Zarówno Thompson, jak i Shelby, pokazują, że nawet w tak niesprzyjającym środowisku jak kryminalne podziemie, makiaweliczna przebiegłość znaczy więcej niż potężne mięśnie czy celne oko strzelca. W ostatnim sezonie Peaky Blinders, Tommy Shelby po raz kolejny udowadnia, że nie ma sobie równych, nie tylko jeśli chodzi o Birmingham, czy Anglię, ale i Amerykę. Jego spotkanie z włoską mafią jest tak pasjonujące, że nie mogłam się odkleić od ekranu i obejrzałam całość dosłownie za jednym razem w ostatnią niedzielę. Wiem, że to późno i że już wszyscy widzieli, ale chciałam sobie zostawić tę przyjemność na czas, gdy nie będę niczym zajęta i będę mogła poświecić serii całą swoją uwagę. Opłaciło się :)

Rodzinne porachunki i wendeta

Mija rok odkąd połowa rodziny Shelby niemal nie zawisła na stryczku na skutek podstępnych machinacji Tommy’ego. Wszyscy poza Adą się na niego gniewają, a on zapija smutki i robi swoje, czyli przejmuje kolejne interesy i zarabia góry pieniędzy. Mamy rok 1925 i na ulicach robi się niespokojnie od robotniczych strajków, ale na razie nie musimy się tym przejmować. Gdy już się wydaje, że nasi sympatyczni cyganie pozostaną na zawsze rozbici, a Tommy’emu grozi zapicie się na śmierć lub inna forma samobójstwa, nadciąga kolejna wielka katastrofa, jak zwykle scalająca Shelbych, którzy potrafią się zjednoczyć pod wodzą niezawodnego przodownika stada. Tym razem chodzi o wendetę włoskiej mafii, a właściwie Amerykanów włoskiego pochodzenia. Rok po śmierci ojca, Luca Changretta (Adrien Brody) postanawia zemścić się na wszystkich, którzy się do zgonu mafioza przyczynili. I tak, niemal wszyscy członkowie rodziny dostają pocztą (tak w prezencie bożonarodzeniowym) wizerunek czarnej ręki, a zaraz potem rozpętuje się wojna.

Sam przebieg poszczególnych potyczek nie jest może zbyt zaskakujący dla kogoś, kto zna już choć trochę sposób działania Tommy’ego. Za każdym razem chodzi w końcu o to, że jego przeciwnik chce wykorzystać kogoś z jego najbliższego otoczenia, kto w ostatniej chwili, powodowany lojalnością, jednak nie daje się przekabacić i ostrzega herszta bandy Shelbych. Paradoksalnie, nie ogląda się tego ze znużeniem, czy niecierpliwością. Osobiście mogłabym patrzeć bez końca jak Tommy pomysłowo i widowiskowo (choć bez klasy, na to serialowym Cyganom szkoda energii) wykańcza kolejnych przeciwników.

Tym razem zawiodłam się nieco na głównym czarnym charakterze. Luca Changretta, choć elegancki jak z żurnala, zamiast straszyć, śmieszy. Nie mam pojęcia jak innym aktorom udało się zachować powagę na planie. Adrian Brody, choć jest jednym z najprzystojniejszych mężczyzn na świecie, to jednak nie może się pochwalić nadmiarem talentu aktorskiego. No chyba, że z rozmysłem stworzył kreację, która jest przekomiczną parodią Marlona Brando z Ojca chrzestnego. Poważnie, gdybym miała włoskie korzenie, czułabym się urażona jego przesadzonym akcentem, zamaszystymi gestami, wybuchami agresji i tą prostacką wykałaczką w paszczy. Jakoś w Zakazanym imperium nie było tak śmiesznie, nawet gdy mały grubasek Capone się wściekał. Można? Można. Ale trzeba przyznać, że prezentuje się genialnie w tych idealnie skrojonych garniturach :)

Sporo radości miałam też gdy pojawiał się na ekranie Littlefinger z Gry o tron, czyli Aidan Gillen, w roli barona cygańskiego Abaramy Golda (nazwisko i imię idealne na pseudonim artystyczny:). Postać o najbardziej znienawidzonej twarzy w GoT jest tu dodatkowo upokarzana bardzo nietwarzową peruczką. Cudo!

Herosi srebrnego ekranu

Do największych zalet tego sezonu zaliczam oczywiście kolejny fantastyczny występ Cilliana Murphy’ego (oprócz gangstera, pokazuje w czwartej serii także twarz zimnego uwodziciela). To już tyle lat, a ja się nadal nie mogę nadziwić, że aktor o tak delikatnej, kobiecej urodzie, wciela się z powodzeniem w zimnokrwistego zabijakę. W przeciwieństwie do Adriena Brody’ego, jego kreacja nigdy (no może poza zapalaniem papierosa, co robi z przesadną manierą) nie wydała mi się śmieszna. Ma chłopak talent i jakiś taki tragiczny rys, nadający mu powagi i wiarygodności.

Oczywiście, jak każdy kto oglądał choćby odcinek tej serii, zachwycam się Helen McCrory, grającą cioteczkę Polly. Ta postać pokazuje jak godnie znosić upływ czasu, jak z wdziękiem obnosić swe lata i nadal przy tym być modna, atrakcyjną, zalotną i rasowo kobiecą. Tym razem dostajemy Polly w wersji „na chłopczycę”, chyba najpiękniejszą jak do tej pory odsłonę.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała też o Tomie Hardym, ale tego się przecież spodziewaliście :) Jak zwykle aktor ma krótkie, acz znaczące dla całej fabuły wystąpienie, w którym pokazuje, że „gdyby tylko chciał, byłby główną gwiazdą tego show, ale akurat ma ważniejsze projekty, więc powygłupia się chwilę i rusza dalej”. Grany przez niego zdradziecki Alfie Salomons budzi grozę, ale i wzrusza w finałowej scenie, okazując troskę psu. To po prostu trzeba zobaczyć.

Dyktatorzy mód wszelakich

Na koniec słów kilka o wyglądzie naszych ulubionych postaci. W każdym ujęciu widać wielką dbałość artystów od charakteryzacji i kostiumów, starających się o to, by styl Shelbych pokrywał się z realiami kolejnych lat, do których przenosi nas serial. Mam takie podejrzenie, że to ci bohaterowie (na spółkę z Wikingami i ich fryzjerskim szaleństwem warkoczy, dredów i tatuaży na głowie) są odpowiedzialni za wygolone po kozacku czerepy wielu panów, w czym rzeczywiście, większości jest bardzo do twarzy. Żeby tak jeszcze do rzeczywistości przeniknęła moda na ubiór jak z serialu… Jeśli chodzi o panie, to też jest to modowa pierwsza liga. W czwartej serii wielki finał odbywa się podczas gali bokserskiej, na którą panie stroją się jak prawdziwe przedwojenne diwy. Każda ma swój indywidualny styl i każda zachwyca. Mnie nawet bardziej podobają się w wersji codzienne, także jeśli chodzi o fryzury. Mam przeczucie, że lata 20-te znów do nas wrócą za ich sprawą.

A jeśli chodzi o inne mody, to mam też wrażenie, że możemy niedługo znów zacząć popijać więcej ginu i rumu, a także zaciągać się papierosami bez filtra (ci, którzy już palą), bo to głównie, wraz z narkotykami, składa się na dietę głównych postaci. Nic dziwnego, bo sądzę, że twórcy, podobnie jak członkowie włoskiej mafii, mają bardzo sprecyzowane zdanie na temat brytyjskiej kuchni. Oglądając, koniecznie zwróćcie uwagę też na design tych butelek. Mnie zachwycił :)

Jednym słowem, jeśli szukacie dobrej akcji, wyrazistych bohaterów i uczty dla oczu, czwarty sezon Peaky Blinders was nie zawiedzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *