Spisek prochowy w dwóch odsłonach – Słup ognia Kena Folletta i serial Gunpowder

Brytyjska historia, a szczególnie wiek XVI i XVII mają się bardzo dobrze w kinie i telewizji ostatnich lat. Ledwo się człowiek otrząsnął po Willu, a tu na przykład kolejne dwie rzeczy o prześladowaniach religijnych w elżbietańskiej Anglii, o których ja osobiście bardzo mało wiem, a chętnie bym się doedukowała. Nic zatem prostszego niż poświęcić półtora tygodnia na rozwlekłe dzieło Kena Folletta, kolejny wieczór z serialem Gunpowder i już wiem kto był dobry, kto zły, a kto pomiędzy w tej dziwnej historycznej grze ciągnącej się do czasów współczesnych. Lekturę powieści polecam, choć umiarkowanie (fabuła schematyczna, a tło historyczne jakby przepisane z podręcznika), a serial zdecydowanie odradzam ze względu na nudę i liche aktorstwo Kita Harringtona.

Słup ognia

Słup ognia to trzecia część wielkiej trylogii historycznej Kenna Folleta, której poprzednie części, Filary ziemi i Świat bez końca, były absolutnymi bestsellerami i doczekały się całkiem udanych adaptacji telewizyjnych. Najnowsza powieść brytyjskiego pisarza, podobnie jak poprzedniczki, rozpoczyna się w mieście Kingsbridge, fikcyjnej angielskiej osadzie wybudowanej w cieniu wielkiej katedry, o której już tak wiele wiemy. Nie ma się jednak co zrażać do lektury w przypadku nieznajomości pozostałych części trylogii, gdyż od opisanych poprzednio wydarzeń minęło wiele czasu i fabuły są ze sobą bardzo luźno powiązane.

Znajdujemy się oto w szesnastowiecznej Anglii. Przygodę rozpoczynamy wraz z młodym, charyzmatycznym i niezwykle inteligentnym młodzieńcem, Nedem Willardem, który po latach nauki wraca do Kingsbridge. Jest rok 1557, schorowana królowa Maria Tudor za chwilę umrze, a jej tron przejmie Elżbieta I. Na skutek różnych szczęśliwych zrządzeń losu Ned zostanie jednym z jej agentów do zadań specjalnych, który podróżując po kraju i całej Europie, będzie zdobywał kluczowe dla zachowania pokoju i ładu informacje. I tak wraz z Nedem możemy podziwiać urok młodej Elżbiety wychodzącej z kąpieli, jesteśmy świadkami pierwszych lat jej rządów, ale też podróżujemy na przykład do Paryża, by przyjrzeć się z bliska Nocy św. Bartłomieja. Zapewniam, że po przeczytaniu Słupa ognia będziecie mieli wielką ochotę obejrzeć jeszcze raz najlepsze filmy o królowej Elżbiecie, Królową Margot, a także przeczytacie wszystko co wam wpadnie w ręce na temat Marii Stuart. Ken Follett może i trochę przynudza i jest mało oryginalny, ale za to świetny z niego nauczyciel historii, pozwalający niepostrzeżenie nadrobić braki z edukacji licealnej.

Oprócz przygód dzielnego Neda i jego nie mniej dzielnych krewnych (dzięki którym zwiedzamy niemal cały ówczesny świat), tematem tej powieści jest to, jak wiele ludzie gotowi są zrobić w imię obrony własnej religii. Anglia w XVI wieku była areną, na której protestantyzm i katolicyzm nawzajem się zwalczały, a szala zwycięstwa przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Tajne msze, przemycane dokumenty, ukrywanie duchownych i kolportowanie Biblii w językach narodowych to codzienność, w której nasi bohaterowie muszą zręcznie lawirować by nie stracić życia. Wielu ludzi trafia na tortury, szafoty lub płonie na stosie w obronie własnej wiary, przypominając czytelnikowi, że to nie tylko hiszpańska inkwizycja dopuszczała się potwornych czynów w mrocznej przeszłości kościoła.

Obszerne dzieło pana Folletta uwieńczone jest opowieścią o spisku prochowym, czyli słynnym incydencie, podczas którego grupa rozżalonych swą niedolą katolików próbowała w 1605 roku wysadzić Izbę Lordów, a zwłaszcza obradującego w niej króla Jakuba I, następce Elżbiety. Oczywiście w tej intrydze również kluczowa rola przypadła Nedowi Willardowi, leciwemu już szpiegowi kolejnego już monarchy. W tym miejscu powieść i trzyodcinkowy serial Gunpowder stykają się fabularnie.

Nim przejdę do omówienia Gunpowder, ostrzegę tylko nieświadomych jeszcze czytelników, że Ken Follett nie jest dla każdego. Czytając Słup ognia mało odporni odbiorcy mogą się poczuć zirytowani czarno-białą wizją świata powieściowego, tym, że bohaterowie i ich arcywrogowie są dobrani tak kontrastowo, że już bardziej się nie da, a na koniec oczywiście miłość zwycięża wszystko. Wyjątkowo specyficzne, ale i komiczne są tu sceny miłosne, które po kilkuset stronach nieco nużą. No i pełno tu religijnych fanatyków o psychopatycznych skłonnościach, oczywiście wszystkich opisanych na jedno kopyto. Jeśli jednak nie rażą was karykaturalne postaci o psychice tak głębokiej jak u bohaterów gier planszowych dla dzieci, to zachęcam do czytania, bo naprawdę dużo można się dowiedzieć.

Gunpowder

Głównym bohaterem serialu jest wzorowany na autentycznej postaci Robert Catesby (Kit Harrington), który wraz ze swym kuzynem Thomasem Wintourem (Edward Holcroft) i innymi zacnymi katolickimi panami, niezadowolonymi z obecnej sytuacji w kraju, postanawiają zawiązać spisek, którego celem ma być śmierć króla. Postawa Catesby’ego wcale nas nie dziwi, gdyż jego desperacja dosłownie sięga zenitu. Życie całej jego rodziny to seria nieszczęść, odkąd bycie katolikiem w Anglii stało się przestępstwem. Nawet szlachetnie urodzeni panowie, nie uczęszczający na protestanckie msze, muszą płacić wysokie kary, a przyłapanie w ich domu księdza, równa się wyrokowi śmierci. Gdy z rąk kata ginie w masakryczny sposób ciotka Catesby’ego, coś się w nim załamuje i, uznając, że nie ma nic do stracenia, postanawia działać.

Przyznam, że zapowiadało się całkiem dobrze. Scenografia i kostiumy robią wrażenie, a scena egzekucji starej kobiety z pierwszego odcinka każe nam zupełnie inaczej spojrzeć na Anglię jako cywilizowany kraj. Niestety, cały potencjał tej opowieści ginie zatopiony w przerażającej nudzie źle napisanych dialogów. Nawet Mark Gatiss w roli garbatego lorda Roberta Cecila nie powala, a jest tylko karykaturą samego siebie. Najgorzej jest jednak w przypadku nieszczęsnego Kita Harringtona. Ktoś najwyraźniej uznał, że skoro w Grze o tron dobrze wyglądał w pseudohistorycznym kostiumie, to sprawdzi się też w tej siedemnastowiecznej fabule. Niestety, przystojna twarz i bujne loki jeszcze z nikogo nie zrobiły artysty. Harrington, na którego barkach spoczywa największa odpowiedzialność, ciągnie serial na dno. Miał chłopak szansę pokazać, że jest czymś więcej niż tylko ładną buzią, ale brak wyrazistej mimiki, jakiegoś charakteru czy zwyczajnie umiejętności i specyficznej aktorskiej charyzmy, aż biją po oczach w każdej scenie, w której gra. Jego bohater to żadna tam tragiczna postać uwikłana w religijne spory i rodzinne dramaty, a zwyczajnie zagubiony hobbit, który przypadkiem odłączył się od drużyny pierścienia i nie wie za bardzo co ma ze sobą zrobić.

Rzadko mi się to zdarza, ale na Gunpowder dosłownie przysypiałam (choć oglądałam wcale nie wieczorową porą). Każda minuta była jak godzina i na nic się zdały piękne suknie Liv Tyler czy stylowe wnętrza dawnego Londynu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *