Przyjaźń czy kochanie?

Niektóre źródła podają, że Lady Susan (dzieło, którego film jest adaptacją) była pierwotnie tylko luźnym szkicem w dziennikach Jane Austen, inne, że to jej pierwsza powieść (w dodatku epistolarna), ale jedno jest pewne, tak zjadliwego i inteligentnego humoru, tylu wybuchów śmiechu na widowni, jeszcze nie było podczas żadnej dotychczasowej ekranizacji powieści brytyjskiej pisarki. Mimo nielicznych wad, jest to wspaniała kameralna opowieść, w której każda postać wydała mi się barwna, charakterystyczna i zabawna na swój wyjątkowy sposób. Jeśli szukacie odtrutki po obejrzeniu zbyt wielu durnowatych amerykańskich komedii, chcecie porozkoszować się doskonałymi manierami i bezbłędnym angielskim akcentem, idziecie na Przyjaźń czy kochanie? Jestem pewna, że nie pożałujecie i po seansie będziecie się dziwić, że półtora godziny tak szybko minęło.

Lady Susan rusza na łowy

Susan Vernon (Kate Beckinsale) jest ponętną wdówką, rozglądającą się za nowym małżonkiem. Tak się składa, że na wydaniu ma także uroczą córkę Fryderykę (Morfydd Clark), którą widziałaby u boku odpowiedniego mężczyzny, a odpowiednim w oczach Susan może być jednie ktoś szalenie bogaty i ustosunkowany. W polowaniu na męża dla siebie i swej pociechy pomaga jej równie przebiegła i zaradna przyjaciółka, lady Johnson (Chloë Sevigny), której wielką zaletą jest amerykańskie pochodzenie, nie krępujące jej zachowania tak, jak to bywa w przypadku angielskich dam z towarzystwa. Akcja rozpoczyna się na dobre gdy ścigana przez kolejny towarzyski skandal lady Susan postanawia zaszyć się na wsi u brata zmarłego męża i przeczekać burzę. Nawet w tej rezydencji, którą nazywa uroczą pustelnią, niepoprawna flirciara i intrygantka znajduje pole do popisu, w szybkim czasie uwodząc sporo młodszego od siebie brata żony swego szwagra, przystojnego Reginalda (Xavier Samuel). Rodzina młodzieńca, który trafił na celownik lady Susan jest zrozpaczona, on sam sprawia wrażenie zadurzonego po uszy, a sprawa dodatkowo nabiera rozpędu, gdy do posiadłości Vernonów przybywa najpierw córka lady Susan Frederika, a zaraz za nią odrzucony absztyfikant, pan Martin (Tom Bennet). Wszyscy poza główną bohaterką chcą, by Reginald przeniósł swoje względy na Frederikę, gdy tymczasem sama Susan kombinuje jakby tu skłonić do małżeństwa z Martinem kapryśną córkę. Zapewniam, że tego co się wydarzy w finale, nie sposób przewidzieć. Młode widzki mogą się od lady Susan wiele nauczyć o istocie małżeństwa i sposobach wpływania na wolę małżonka. Z ekranu usłyszycie też wiele kwestii dotyczących tego, za kogo najlepiej wyjść za mąż i choć ta historia to oczywiście przekomiczna satyra, nie można się oprzeć wrażeniu, że w czasach gdy Jane Austen ją pisała, wytyczne, z których dzisiaj się śmiejemy, traktowano jak najbardziej serio (i nie jestem nawet pewna, czy nadal nie obowiązują:).

Błyszczące cudeńko, efektowne cacko

Przyjaźń czy kochanie? to jeden z tych filmów, po których nagle zaczynamy trzymać się prosto, prowadzimy bardziej kulturalne konwersacje i przyglądamy się swoim manierom przy stole. Panie wzdychają za czasami, gdy moda damska była taka efektowna i z przepychem podkreślała damskie wdzięki, a panom marzą się męskie wyprawy do wiejskich posiadłości i potańcówki przy wesołej muzyce. Dobrze jest czasem obejrzeć coś takiego, pewno dlatego kolejne ekranizacje powieści Jane Austen cieszą się tak wielką popularnością i są prawdziwymi maszynkami do zarabiania pieniędzy.

Patrząc na to widowisko miałam wrażenie, że wszystko jest tu dopracowane i zapięte na ostatni guzik. Każdy kadr (jesteśmy w zaskakująco bliskim, niemal intymnym kontakcie z postaciami) to małe dzieło sztuki, każdy dialog skrzy się od dowcipu, a każdy uśmiech czy wzniesienie brwi coś znaczą. Dynamika jest w tej komedii niesamowita, ani przez chwilę się nie nudzimy, nawet podczas dłuższych konwersacji przy kolacji czy przy popołudniowej herbatce.

Spodobało mi się też umiarkowane efekciarstwo, w kilku miejscach podkreślające humor opowieści. Fantastycznie wypadają przerwy na prezentację postaci (jak w staromodnym dramacie scenicznym) oraz napisy pojawiające się na ekranie podczas czytania listu. Pewno bym się czepiała gdyby było podobnych chwytów za dużo, ale tutaj widać, że twórcy znali umiar.

Przez chwilę skupię się jeszcze na głównej bohaterce, czyli na lady Susan. Jest to zdecydowanie postać negatywna, do czego w przypadku Jane Austen nie przywykliśmy. Nie robi źle, jak na przykład Emma (którą też grała) dlatego, że czegoś nie przemyślała lub jest nierozsądna. U niej każde działanie wynika z zimnej kalkulacji, czystego wyrachowania. Cały komizm polega w tym filmie na tym, że my to widzimy, a postaci, które dają się omamić jej flirciarskim manierom i zagmatwanej paplaninie, nie mają o niczym pojęcia. Susan jest sobą chyba tylko przy swej przyjaciółce pani Johnson, a wtedy wychodzi z niej wyrachowana i chciwa baba polująca na kasę, gdy tymczasem w towarzystwie to wcielony anioł, przepełniony troską o bliźnich i matczyną miłością. Filmowy portret tej damy jest bezlitosny i patrzy się na to widowisko niemal z rozdziawioną buzią, gdyż charakter wdówki naszkicowany jest oszczędnymi, ale precyzyjnymi i barwnymi frazami, najczęściej wychodzącymi z jej własnych, ślicznych usteczek. Austen w tym wydaniu osiąga szczyty złośliwej ironii, bez wątpienia skierowanej do współczesnych jej dam, których całe życie kręciło się wokół polowania na bogatego męża (najlepiej by było jeszcze by był uległy, stary i schorowany).

Jeśli natomiast chodzi o aktorstwo to jest to triumf Kate Beckinsale, od której wprost oczu nie można oderwać. Gra paskudą kreaturę z gracją i wdziękiem motyla, jest tak naturalna i tak gładko wypowiada nawet najgłupsze banały, że niemal jesteśmy w stanie wybaczyć jej wszystkie intrygi. Mnie osobiście podoba się w niej najbardziej chyba głos, którego mogłabym słuchać godzinami, nawet jeśli to lady Susan opowiada o czwartym przykazaniu, czy tłumaczy dlaczego starający się o rękę jej córki nie jest biblijnym Salomonem. Wśród towarzyszących Beckinsale aktorów nie ma właściwie słabych artystów i każdy ma tu swoje momenty by zabłysnąć. Osobiście jednak najlepiej będę wspominać Toma Benneta, grającego głupkowatego pana Martina. Podejrzewam, że łatwo jest zagrać szarmanckiego przystojniaka jak Xavier Samuel, ale żeby tak wczuć się na całego w rolę namolnego i naiwnego prostaczka, rozprawiającego o agrokulturze i groszku, to już trzeba wielkiego talentu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *