Destrukcja

Wielbiciele talentu Jake’a Gyllenhaala czekali od dawna na ten film i trzeba przyznać, że chyba on jeden tu nie zawodzi. Reszta sypie się z każdą minutą, że aż żal patrzeć, ale główny aktor do końca trzyma fason, nadając swojej postaci głębi nawet tam, gdzie byśmy się tego nie spodziewali. Z prawdziwym mistrzostwem Gyllenhaal pokazuje dramat i wewnętrzną przemianę wdowca, który z zimnego cyborga i narcyza, zamienia się w czującą i myślącą jednostkę. Szkoda wielka, że scenariusz się jakoś kupy nie trzyma i jest niepotrzebnie udziwniony, ale i tak dla Jake’a warto obejrzeć Demolition.

Jak być ludzkim

Nasza kultura dostarcza wielu przydatnych wzorców życia i zachowania, dając nam do zrozumienia, że o ile będziemy się ich trzymać, wszystko będzie z nami w porządku. Mamy oficjalne i nieoficjalne normy na wszystko, na miłość, związek, małżeństwo, pracę i żałobę również, a nasz bohater, Davis Mitchel (Gyllenhaal) jest mężczyzną, który całe życie starał się tych norm przestrzegać. Grzecznie zatrudnił się w dobrej firmie inwestycyjnej, był w niej wzorowym bankierem, a gdy nadarzyła się taka okazja, związał się z córką szefa. Julia była uroczą młodą kobietą, wrażliwą i inteligentną, a do tego pracowała z upośledzonymi dziećmi. No jak jej nie kochać? Właśnie… Gdy Julia ginie w wypadku samochodowym, a Davisowi przychodzi stawić czoła otchłani żałoby, zaczyna on wątpić w to, czy w ogóle kochał żonę. Teściowie płaczą i rozpaczają jak pan Bóg przykazał, współpracownicy i rodzice strasznie mu współczują i też mają potoki łez na zawołanie, a Davis pozostaje w tym wszystkim zimny niczym głaz, rozumiejąc jednocześnie, że nie takiej reakcji oczekuje od niego świat. Demolicja jest właściwie opowieścią o tym, jak wdowiec próbuje stać się prawdziwym człowiekiem, czując, że czegoś mu w środku brakuje. Trzeba przyznać, że jego próby by poczuć cokolwiek są naprawdę widowiskowe. Od symulacji szlochu w łazience, aż po totalną rozwałkę całego budynku.

Demolition1

W uzyskaniu dostępu do swych emocji po starcie żony pomaga Davisowi przyjaciółka, którą poznał w bardzo niecodzienny sposób. Karen (Naomi Watts) jest pracownikiem obsługi klienta w firmie zajmującej się automatami z przekąskami. Gdy Davis pisze do niej list z zażaleniem (bardzo drobiazgowy i pełen osobistych wynurzeń) Karen wyczuwa ból nadawcy i się z nim kontaktuje. Od jej pierwszego telefonu rozpoczyna się niecodzienna relacja, która (wbrew moim początkowym oczekiwaniom) z romantyczną miłością nie ma nic wspólnego.

Pieniądze szczęścia nie dają

Do takiej banalnej obserwacji sprowadza się wymowa tego filmu. Z drugiej strony patrząc na Karen i jej syna, brak pieniędzy też niczego nie ułatwia. Kluczem do emocjonalnego zdrowia i szczęścia wydają się być tu zdrowe relacje z innymi i z samym sobą, nad czym tak ciężko pracuje Davis. Facet ma kilka naprawdę ciekawych pomysłów na przeżycie bólu po stracie żony. Rozkręcanie, rozwalanie, totalna demolka przedmiotów, pomieszczeń i własnego ciała, przynoszą mu nieoczekiwaną ulgę, co poznajemy po twarzy Gyllenhaala, na której zaczynają się pojawiać w drugiej części filmu jakieś żywsze emocje. To jest naprawdę dobrze zagrane, choć mnie osobiście bardziej podobał się jako robot bez skazy z początku filmu. Młody, prężny, próżny profesjonalista, prezentujący nam swoją codzienną poranną rutynę z pewnością odniósłby ogromny sukces na YouTubie gdyby był prawdziwą postacią (My morning routine by Davis Mitchell).

A teraz jeszcze kilka szczegółów dotyczących Demolition, które nie wypadły moim zdaniem zbyt korzystnie. Najwięcej problemów mam z tą terapeutyczną demolką, której nie rozumiem. Jak już chciał sobie chłopak coś zdemolować to naprawdę mógł poszukać tańszych zamienników. Z jego ostatecznego aktu zniszczenia może w dodatku wynikać, że tak samo jak kochał żonę, mógł jej też nienawidzić, bo to w końcu jej morska, szklana, nieskazitelna świątynia. Wątpliwości budzi też cały wątek Karen, do której Davis pisze listy i w końcu się z nią spotyka. Nie rozumiem o co w tym chodzi i czemu w ogóle dochodzi do spotkania tych ludzi, którzy jakby do samego końca nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. A już postać syna jest tu zupełnie na siłę wepchana, choć nie bardziej niż wątek ciążowy.

Ogólnie, słaba psychologia postaci i niepotrzebne majstrowanie i cudowanie psują efekt. Jake robi co może, ale i tak nie byłam w stanie nawiązać z nim więzi, współczuć mu w jakikolwiek sposób, gdyż zbyt mało pokazano jego związku z żoną, byśmy mogli mieć pewność, że w ogóle nie był z nią tylko dla pieniędzy czy z wygody. No ale miny ma świetne, doskonale udaje, że gra w filmie lepszym i ambitniejszym niż w rzeczywistości. Może nawet obejrzałabym kontynuację, w której Davis staje się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, dzięki pracy w firmie rozbiórkowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *